Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »
Redakcja poleca:


Depeche Mode „Playing The Angel”

Wchodzę do środka, nawet nie rozglądam się wokoło. kupuję butelkę wódki, chowam za pazuchę i wychodzę. takie chlanie nie nadaje się na widok publiczny.

nawet mi się żyć nie chce. duszę się od kaszlu. fajki nie pomagają.

Najbardziej oczywistym, zahaczającym o trywialność rozpoczęciem jest stwierdzenie, że czekałem. Cztery lata. I powiem szczerze, że nie zamierzam zmieniać poprzedniego zdania. Jest czwarta nad ranem, jestem umęczony po wczorajszo-dzisiejszym koncercie, dostałem po ryju od przyjaciela za wykazywanie ludzkich uczuć, ojciec mi powiedział, że paląc fajki robię sobie największą życiową krzywdę, jaka spotkała ludzkość. No więc czekałem i marzyłem o jakimś cudownej wolcie z drogi spóźnionych o co najmniej dwie wiosny berlińskich clicków, minimalistycznych wycieczek w okolice Autechre czy przenicowanych eklektyzmem rozjazdach po ambiencie czy IDM'ie. Tak dla mnie brzmiał Exciter. Okolice 2,5, mniej więcej.

Precious zapowiadał dzieło na poziomie Ultry. To była pierwsza myśl, jaka krążyć zaczęła po mojej głowie po prapremierze singla. Półka cyfrowej melancholii Enjoy The Silence, metaliczny pogłos pointy zwrotki i niesamowite elektroniczne solo. Wybornie wprost. Depeszowa stylowość poznanego potem Suffer Well dała mi podstawy do postawienia prostej tezy. Że będzie pięknie.

Siadam na ławce w parku. może jednak dziś lepiej samotnie a nie na oczach pseudokawiarnianego tłumu?

tysiąc myśli.

niech
mnie
ktoś
przytuli

strange how life makes sense in time now

Wiecie na czym polega poznanie? Może na empirycznym dotknięciu całości, może na rozłożeniu na czynniki pierwsze albo kombinatorycznych próbach użycia? Po iluśdziesięciu przesłuchaniach Playing The Angel pozostaje dla mnie czystą abstrakcją. To jedna z najbardziej enigmatycznych płyt, jakie było mi dane w moim krótkim życiu usłyszeć. Można Gore'owi zarzucić songwriterską impotencję i złapanie własnego ogona. Tylko, że to płytka interpretacja. Bo na pewno jest drugie dno całej tej bajki. W końcu symbol rozumiany jest wielorako, no nie?

Wracam do domu, z flaszką owiniętą w jakiś papier za połami kurtki. wyrzucam niedopałek papierosa, który rozbija się na tysiąc gwiazd gasnących na trotuarze i zupełnie irracjonalnie przyspieszam kroku. biegnę. wpadam na jakąś ulicę, gdzie świat błękitnieje od neonów.

przebijam się przez tłum.

przebiegam przez jakiś ciemny park. kaszlę. przystaję na chwilę, odpalam fajkę.

a anioł ze srebrnymi skrzydłami siedzi z twarzą ukrytą w dłoniach na ławce. zaciskam jednak pięść, czuję tylko jak papieros parzy mi palce. i biegnę dalej. z czystej bojaźni.

wpadam do domu zdyszany, kolejny napad kaszlu. papieros i wódka. do dna. zawsze chciałem być tym złym.

Niemniej przejście przez interpretacyjną mieliznę w gruncie rzeczy zbliża do rozwiązania. Opener kakofonicznym buczeniem jakiejś chorej syreny wysyła oczywisty sygnał, że lekko nie będzie. Wokal Gahana wysunięty na pierwszy plan, nawiedzona zwrotka i agresywny chorus zostawiają słuchacza w stanie totalnego oniemienia. Obrazowo mówiąc, A Pain That I'm Used To kopie zdrowo po ryju, tak mocno dawno już nie było. John The Revelator brzmieniowym archaizmem natychmiast odsyła na Some Great Reward, ba, nawet momentami tworzy paralelę ze Speak & Spell. Żal straszny, że miniaturowy Introspectre nie jest pełnoprawnym instrumentalem, bo przecudnej urody motyw klawiszy odpowiednio zapętlony stałby się ambientową perełką ostatniej połówki dekady. Wodewilowy trans Damaged People, tak wkręcający przy pierwszych odsłuchach potrafi doprowadzić w pewnym momencie do szewskiej pasji. Lilian gubi co chwilę melodię, Macro to też trochę takie granie dla grania, powielające kompozytorską pomyłkę Excitera. A nuż coś wpadnie do głowy, ale póki co grajmy cokolwiek. Spośród intymnych eterycznych pościelówek na płytę zmieściło się tylko gahanowskie I Want It All. Zupełnie nic nowego, momentami wręcz przekraczającego niebezpieczną granicę regresji, która zabija całą przyjemność słuchania tego kawałka. Perspektywa szafy z płytami zbliżała się wielkimi krokami. Tyle, że znikła wraz z ostatnim nagraniem.

Oh I wish you could see the love in her eyes..

oj. nieznajomy znajomy.

The Darkest Star. Elektryczne pianino kontrastujące z depeszowymi połamanymi teksturami, zatopione w echach i pogłosach dźwięki fortepianu, jakieś chore chóralne sample kończące refren. Żadnej taniochy, wymyślenia, weltschmertzu, Fin de siecle. Czysty nihilizm, mrok i zrezygnowanie. Inna orbita, autentyczny wylot do aniołów, pozwalający dotrzeć wreszcie do owego drugiego dna.

Zaciągam się. gorzko, i ten kurewski kaszel. zabijam posmak tytoniu wódczanym haustem. jeszcze gorzej.

and i've crossed the line again
a line I drew in sand
still you give me everything
and everything's not enough...

wyglądam przez okno. w mieszaninie sodowych lamp dostrzegam pomarańczowe srebro. opieram czoło na parapecie odwracając wzrok.

angels with silver wings
shouldn't know suffering
i wish i could take the pain for you...

szczęk zamka. drzwi kamienicy otwierają się. wychodzę w podartych spodniach i białej koszuli ze szklanką w dłoni i papierosem w ustach. spoglądam w stronę parku, po czym znikam w cieniu korytarza.

drzwi zostawiam otwarte.


Aura. Na Playing The Angel najważniejsza jest aura. Ja po wybrzmieniu ostatnich dźwięków na tym albumie jestem tak agresywny, że bez kagańca i siekiery nie podchodź. Grotek siedział przez dwie godziny w zupełnej ciszy gapiąc się w okno, kumpeli się warga trzęsła na wysokości Introspectre. Jakiś znajomek po skonfrontowaniu muzyki z lirykami stwierdził, że powinno się zabronić upubliczniania tak spaczonych emocji. Drugi ujął to bardziej konkretnie, mówiąc, że po prostu w pewnym momencie chciało mu się rzygać. To właśnie jest siła nowego albumu Depeche Mode, nieprawdopodobna kondensacja negatywów, dźwiękowa perwersja jak zawsze w czerni i czysty muzyczny sadyzm. Najczystsza forma znęcania się na słuchaczem.

I pray you learn to trust
Have faith in both of us
And keep room in your hearts for two

robi się zimno.
jak zwykle ubrałam się nieodpowiednio.
pozorne ciepło światła latarni starczy?

dobranoc?


Są dwie możliwości. Albo Playing The Angel ze spleenu, niechęci i ogólnego doła egzystencjalnego wyciągnie, albo zbutuje jeszcze bardziej i dobije już do końca. Taka płyta Depeszom wyszła. Żadnego wypośrodkowania, ze skrajności w skrajność. Rewelacyjna tekstowo, naznaczona rozpadem związku Martina, z kilkoma nieprawdopodobnymi momentami muzycznymi. Z jednej strony słaba, z drugiej miażdżąca. I dojrzała przede wszystkim.

Szczerze? Najchętniej bym nie oceniał. Bo udawanie janioła trwa. Prejotacja taka. A, póki co mnie butuje.

Flaszka poszła. fajki się kończą. siadam na parapecie i chowam twarz w dłonie.

eternal outsider...

światło latarni jest cieplejsze niż niejeden uścisk.
dobranoc.

the darkest star

shining for me
majestically...

miejska plotka, mówi, że ktoś widział wczorajszej nocy anioła siedzącego na oknie kamienicy.

Aleksander "Malkavian" Stępień

Ocena recenzenta:
  • Ocena 3.5/5
Twoja ocena płyty:
0/5 (0)
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Informacje o płycie

Data wydania:
17.10.2005

Wydawca:
Mute

Lista utworów:

A Pain That I'm Used To - 4:11
John the Revelator - 3:42
Suffer Well - 3:49
The Sinner in Me - 4:56
Precious - 4:10
Macro - 4:03
I Want It All - 6:09
Nothing's Impossible - 4:21
Introspectre - 1:42
Damaged People - 3:29
Lillian - 4:49
The Darkest Star - 6:55

Informacje o wykonawcy

Depeche Mode

Inne recenzje płyt wykonawcy

Depeche Mode - Violator
Depeche Mode „Violator&rdquo
Ocena: 55555 (5)
Autor: Aleksander "Malkavian" Stępień
Copyright © Rock Magazyn 2001-2012. Wszelkie prawa zastrzeżone.