Dire Straits „Communiqué”
Często wracam do tej płyty, nie tylko dlatego, że jest to bodaj moja ulubiona płyta DS. Również dlatego, że to wydawnictwo znakomite na... upały. Ta płyta przenosi klimatem do krajów śródziemnomorskich. Ale do rzeczy. Album wydany w maju 1979 to ostatnia płyta Dire Straits nagrana w całości przy udziale Davida Knopflera, brata Marka. [W połowie realizacji następnej płyty, Dave podejmie decyzję o odejściu. Podobno z powodu despotyzmu Marka]. Tak więc ta płyta to dzieło założycielskiego składu grupy.
Druga płyta w dorobku Dire Straits wyraźnie wskazuje, że zespół od początku się rozwijał. Kompozycyjnie album bardzo podobny do jedyneczki, ale mniej monotonny, przez co bardziej interesujący. I choć brakuje na nim tak przebojowego numeru, jakim poprzednio było Sultans of Swing, to znalazło się na nim kilka znakomitych kompozycji.
Otwierające płytę Once Upon a Time In the West to lekka, przyjemna w odbiorze kompozycja, obfitująca w typowe dla Dire Straits. solówki. Mój ukochany (pod względem technicznym) utwór na płycie. Krótki, choć niezwykle urokliwy. Smaczku dodaje użyta w tle grzechotka hawajska. Nawet gitara rytmiczna gra 'z hawajska'.
Jako trzeci utwór na płycie figuruje Where do you think you're going to znakomita ballada, w której znakomicie współgrają gitara (na początku wyrazista akustyczna w roli prowadzącej) i trochę dramatyczna melorecytacja Marka. Tekst opowiadający o rozpadzie związku z punktu widzenia mężczyzny.
Czwarta na płycie Communiqué to lekka, swingująca kompozycja, oparta na skocznej gitarze rytmicznej, oraz fortepianie. Melodyjna, średnio szybka. Sprawia, że nogi same rwą się do tanecznych wygibasów, jakich nie powstydziliby się tancerze z Wysp Kanaryjskich.
Szóste i siódme Angel of Mercy i Portobello Belle to znakomite, lekkie kompozycje, współtworzące specyficzny, hawajski klimat płyty. Delikatne, precyzyjne solo gitarowe, skoczny rytm, hawajskie brzmienie gitary prowadzącej. Kojarzą się z zachodem słońca nad jakimś barem na Pacyfiku.
Na początku dziewiątego i ostatniego Follow me Home słyszymy dźwięki, przenoszące nas bez ogródek na Hawaje. Szum morza, grzechotki, cykady i bębny, stanowiące podstawę tła. Stopniowo dochodzi gitara, która musi przebijać się przez te dźwięki. To chyba najbardziej klimatyczna kompozycja na płycie. Delikatna, rozmarzona. Niezwykle prosty tekst, ale podany w przepysznej oprawie szemrzącej gitary i grzechotek. I te cykady obok brzegu morza na końcu i na początku... Cudo.
Czas na podsumowanie. Druga płyta w dorobku Dire Straits. to przykład, że zespół nie zasypał gruszek w popiele po sukcesie debiutanckiej płyty i poszedł trochę dalej. Po części skorzystał ze szlaków wytyczonych przez poprzedni album, ale w paru miejscach wyraźnie wyszedł poza tą trasę. Płyta ciekawsza od pierwszej, posiadająca specyficzny klimat. Swoją drogą: znam wiele płyt, ale na podobny się jeszcze nie natknąłem. Album szczególnie wart polecenia, zwłaszcza w upalne dni.
Michał Błaszczyk


Dire Straits


Aktualności


Komentarze