Blackfield - Kraków - 15.04.2011
20 Kwietnia 2011
Zapowiedzi nowego albumu Blackfield przypomniały mi, iż zespół ten jeszcze nigdy nie opuścił Polski na swojej trasie koncertowej. Dlatego bez zdziwienia, za to z nieskrywaną radością, przyjąłem do świadomości informację o ich krakowskim koncercie. Najnowsza produkcja tego pop-rockowego projektu, który z czasem rozrósł się do rozmiarów międzynarodowej gwiazdy, nie powaliła mnie na kolana. Mimo to na koncert udałem się z przyjemnością, licząc, iż na żywo nawet średniego poziomu piosenki przebiją się przez mur, jaki wybudowałem w mojej głowie niezliczonymi odsłuchami debiutanckiej płyty Blackfield.

fot. Marcin Szyszka
Zasadę, iż artysta otwierający występ przed gwiazdą główną powinien być od niej gorszy duet Wilson-Geffen zrozumiał aż za dobrze. Mati Gavriel, rockowy bard związany na co dzień z berlińską sceną muzyczną, oparł swój występ na cicho nagłośnionej gitarze przytłoczonej podkładami puszczanymi z laptopa. Skojarzenia z karaoke, jakie z pewnością nie tylko mi przyszły na myśl, były bardzo na miejscu. Gavriel bezceremonialne włączał wcześniej nagrane ścieżki perkusji, gitar oraz klawiszy skutecznie odwracając tym samym uwagę publiczności od swojej osoby. Może akustyczny set byłby lepszym sposobem prezentacji swojej twórczości? Największe brawa zebrał zapowiadając gwiazdę wieczoru.
Krótka przerwa techniczna przerywana gwizdami i skandowaniem. W końcu gasną światła, a muzyka, sącząca się do tej pory z głośników, cichnie. Na scenie spowitej mrokiem majaczą niewyraźne zarysy sylwetek, z których jedna, ubrana w kostium z zaszytymi diodami świecącymi na czerwono, daje się łatwo rozpoznać - Aviv Geffen pokazał się publiczności w androgenicznym makijażu i stroju przypominającym suknie. Zespół rozpoczął swój występ z wykopu - przesterowane kwinty prowadzące melodię główną utworu ‘Blood' szybko ożywiły publikę.
Blackfield zaprezentowało prawie cały materiał pochodzący z najnowszej płyty, który wypełnił połowę setlisty. Dobór utworów z pozostałych dwóch produkcji studyjnych grupy większości zebranych w Klubie Studio zapewne nie rozczarował. Z dobrze nagłośnionymi instrumentami oraz iskrą jaka towarzyszyła kolejnym piosenkom, którą można tłumaczyć ledwo co rozpoczętą trasą koncertową, zespół nie zawiódł dostarczając niemałych wrażeń. Na wyróżnienie zasługuje Tomer Z, który bezlitośnie ładował po bębnach, dzięki czemu lekkie popowe melodie zostały głęboko osadzone w rockowym formacie świetnie prezentując się w warunkach koncertowych.

Muzyka sygnowana nazwiskiem frontmana Porcupine Tree szczególnie trafiła w gusta Polaków. Szeroko promowany przez Piotra Kosińskiego na falach radiowej Trójki oraz media internetowe Steven Wilson i tym razem nie mógł narzekać na frekwencję oraz żywiołowość publiczności. Kwitując żartobliwie słowa Geffena, zaprzeczając by także posiadał polskie korzenie, oraz próbując dojść do słowa wśród nieustannie przekrzykujących go fanów sprawiał wrażenie rozluźnionego i zadowolonego z występu.
Co zasługuje na osobny akapit - głos Geffena bardzo poprawił się od czasu, kiedy widziałem Blackfield w Warszawie cztery lata temu. Wchodzenie w niekontrolowane momentami vibratto zastąpił mocny, opanowany śpiew, co było słyszalne zwłaszcza podczas solowego wykonania przez niego utworu ‘Glow'. Być może był to rezultat ćwiczeń, jakie Aviv podjął przed supportowaniem U2 i Placebo?
I choć koncert promował przede wszystkim najnowszą produkcję - ‘Welcome To My DNA', to nietrudno było zauważyć, iż publiczność najgłośniejszymi brawami nagradzała zespół za utwory z debiutanckiej płyty - ‘Pain', ‘Hello', ‘Glow', czy też ‘It's Cloudy Now', po którym muzycy na scenę już nie wrócili. I chyba dobrze, gdyż trudno wyobrazić sobie lepsze zakończenie ich występu.
Daniel Barnaś











Aktualności


Komentarze