Doro - Warszawa - 4.10.2011
9 Października 2011
W warszawskim klubie Progresja w dniu 4.10.2011 r. piękna, niebieskooka, obdarzona mocnym wokalem blondynka oczarowała absolutnie wszystkich przybyłych. Niektórzy mogliby pomyśleć, że chodzi o dwudziestoparoletnią dziewczynę. Nic z tych rzeczy. Chodzi o kobietę, która obecna jest na scenie muzycznej już ponad 25 lat i ma na swoim koncie kilka rewelacyjnych albumów utrzymanych w klimacie hard rock/heavy metal. I liczy sobie 46 wiosen. Nie do wiary, a jednak! Dodam tylko, że był to pierwszy i jedyny w Polsce koncert niekwestionowanej królowej hard rocka - Doro. Wokalistka jest obecnie w trasie koncertowej promującej jej imponujące wydawnictwo "25 Years In Rock". Zapraszam na relację.
.jpg)
fot. Jakub Ćmil
Koncert został zaplanowany na godzinę 20-stą, a wejście do klubu - tradycyjnie - godzinę wcześniej. Mimo to, wiele osób koczowało przed wejściem już od godzin popołudniowych. Supportem legendy hard rocka była włoska formacja Merendine. Przyznam szczerze, że zespół ten był dla mnie zagadką, gdyż nigdy wcześniej nie słyszałem jego muzycznych dokonań. Mimo to Włosi zaskoczyli mnie bardzo pozytywnie. Szczególnie wokalista, który w pierwszych minutach występu, ocierał się o manierę wokalną Johna Busha. Sama muzyka również momentami budziła skojarzenia z zespołem Anthrax (z albumów wydanych z tym wokalistą ). Żywa praca gitar i thrash'owe brzmienie zespołu w rzeczywistości mogło się podobać. Szkoda, że tak mała liczba osób angażowała się pod sceną, aby wesprzeć zespół. W moim odczuciu, band po kilku utworach zrezygnował z maksymalnej dawki rock'n'rolla. Powodem była wspomniana bierność publiki. Niemniej, występ tej formacji można uznać za udany. Energiczny i więcej niż poprawny.
Kiedy Merendine skończył swój set, publiki wciąż było jak na lekarstwo. Rozmawiając z kolegą po fachu nie mogliśmy uwierzyć, że na jedyny i zarazem pierwszy w Polsce koncert Doro przybyła taka garstka polskich melomanów! Wyglądało to naprawdę koszmarnie. Na szczęście, z minuty na minutę przybywało istot ubranych w obcisłe spodnie, skórzane kurtki i koszulki z wizerunkiem Doro. Na scenie pojawił się charakterystyczny background z ostatniej okładki "Fear No Evil". Po chwili nastała ciemność... Fani artystki zaczęli skandować jej imię. I wówczas doznałem zaskoczenia, kiedy bowiem odwróciłem się, ujrzałem klub wypełniony niemalże po brzegi. Nie ukrywam, że odetchnąłem z ulgą.
Po rewelacyjnym skandowaniu i gromkich oklaskach, królowa wyszła na deski. Jak zawsze ubrana w obcisłe spodnie i skórzaną kurtkę wysadzoną świecidełkami zaatakowała nas ponadczasowym utworem "Earthshaker Rock". Zero potknięć wokalnych, rewelacyjny kontakt z publiką, dobrze słyszalne wszystkie instrumenty. Jeden z najlepiej wykonanych utworów "na żywo", jakie kiedykolwie słyszałem. Była moc i żywiołowa reakcja publiki. Trzeba przyznać, że ta przypominała wściekłe psy spuszczone z łańcucha. Sama wokalistka nie kryła zaskoczenia. Kierując raz po raz ciepłe słowa w stronę słuchaczy, osiągnęła zamierzony cel - już od pierwszych minut rozhuśtała wszystkich przybyłych. Po "Earthshaker Rock" zespół bezpośrednio przeszedł do "I Rule The Ruins". Doro była obecna na każdym metrze kwadratowym warszawskiej sceny. Była jak cykająca bomba, która ma zaraz eksplodować. W pewnym momencie powiedziała nawet, że nie ma pojęcia, co tu się dzieje i podziękowała po polsku - "Dziękuje Warszawo! Jesteście fantastyczni". Nie muszę pisać, jaka była reakcja publiki. Od razu miało to swoje przełożenie na rewelacyjne wsparcie wokalistki w następnym utworze "Fight For Rock". W tym też utworze bogini zrzuciła swoją skórzaną kurtkę. Oj było na co patrzeć!
.jpg)
Byłem na wielu koncertach, ale nigdy dotąd nie było mi dane zobaczyć tak rewelacyjnego kontaktu artysty z publiką. Bez dwóch zdań gwiazda wieczoru rozgrzała publiczność do czerwoności. Oczarowała nie tylko zbuntowanych nastolatków, ale i facetów "grubo" po czterdziestce. Nie da się zliczyć, jak często padał okrzyk "I love you Doro". Trudno też powiedzieć, jak wiele razy sama wokalistka przemawiała do tłumu. Ten nie pozostawał jej dłużny i reagował na każde skinięcie palca (a raczej metalowe pozdrowienie). Efektem tego była obietnica złożona na koniec występu - "Jeszcze tu wrócę, do zobaczenie niebawem".
Od strony muzycznej koncert wypadł kapitalnie, a setlista była wyborem więcej niż trafnym - nie zabrakło największych hitów Doro, poza tym pojawiły się utwory zarówno z czasów współpracy artystki z zespołem Warlock, jak i z ostatniego krążka. Dominowały utwory pełne wigoru, spontaniczności, ale nie zabrakło subtelniejszych kawałków, jak choćby "Love Me In Black". Było nam dane rozruszać obolały kark, energicznie potupać nogą, jak i uruchomić swoją zapalniczkę, unosząc ją ku górze. Mniej więcej w połowie koncertu rewelacyjną solówką na perkusji popisał się Johnny Dee. Tym kilkuminutowym występem zaimponował pewnie niejednemu zatwardziałemu
metalowcowi. Wcześniej jednak Doro złożyła hołd swojemu idolowi - R.J. Dio, wykonując piosenkę jego autorstwa "Egypt".
Nie spoglądałem na zegarek, ale koncert trwał zdecydowanie ponad godzinę. O tym, jak dobrze się bawiłem może świadczyć fakt, że skórzaną kurtkę zrzuciłem chyba po drugim utworze, aby śmielej reagować na wpadające w ucho refreny. Moim zdaniem tego wieczora nikt nie miał prawa się nudzić. Był to koncert, gdzie naprawdę wszystko "zaskoczyło", dlatego też czekam z utęsknieniem na powrót
królowej hard rocka!
Damian Ciura











Aktualności


Komentarze