Maciej Maleńczuk - Łódź - 14.10.2011
26 Października 2011
W piątkowy wieczór podążając za tłumem ciągnącym - jak słusznie sądziłem - do klubu Wytwórnia, przypominałem sobie, gdy pierwszy raz widziałem Maleńczuka na żywo. Było to kilka lat temu podczas wrocławskich juwenaliów. Choć nie należałem wówczas do grona jego fanów, to uważnie śledziłem przebieg koncertu i gdy pod koniec zagrał swoją wersję "Bema pamięci żałobnego rapsodu" stałem jak zahipnotyzowany z wzrokiem utkwionym w tego chudego kolesia, który zmierzył się z taką potęgą i wygrał! Od tamtej pory znacznie przychylniej spoglądam na to co robi, nawet jeśli czasami ociera się o tandetę. Poprzednie albumy Psychodancing delikatnie mówiąc mnie nie porwały, tyle powiem. Co innego ostatnia płyta, na której prezentuje piosenki Włodzimierza Wysockiego. Tę przesłuchałem już kilkanaście razy. Ale nie o tym dzisiaj...

Kilka minut po godzinie dwudziestej zgasło światło i cały zespół pojawił się na scenie. Maleńczuk stanął na samym środku przyodziany w diabelską pelerynę i niepokojącym głosem odprawił melodeklamację, która okazała się być wstępem do pierwszego utworu - "Mikrofon". Dopiero potem przywitał publiczność, obdzierając zapewne co niektórych ze złudzeń, że usłyszą jego radiowe hity. Przyznam szczerze, że ja również poczułem się trochę dotknięty, bo "Ostatnią nockę" uważam za genialną interpretację utworu grupy Bajaga i Instruktori. Znając jednak porywczy charakter Maleńczuka nie ośmieliłem się głośno zaprotestować. Zresztą artysta dał jasno do zrozumienia, że obecny projekt traktuje zupełnie inaczej, jako coś bardziej ambitnego. Może dlatego kilka razy podczas tego koncertu wprowadzał słuchaczy w piosenki Wysockiego tłumacząc ich historię, często przyprawiając te opowieści szczyptą czarnego humoru i własnym komentarzem.
Podczas łódzkiego koncertu Maleńczuk zaprezentował się nie tylko jako wokalista i lider zespołu, lecz także jako aktor. Wyraźnie kokietował publiczność opowiastkami, zmienianiem strojów i pozami. Nie zaskoczył natomiast repertuarem. Gdyby nie teatralny wydźwięk widowiska mógłbym spokojnie zamknąć oczy i pomyślałbym, że tylko ktoś mi poprzestawiał kolejność utworów w programie cdka. Maleńczuk odegrał w zasadzie całą płytę i tyle. Niestety, nie pokusił się o żaden utwór z poprzednich płyt. Myślę, że wiele osób liczyło na to, że gdzieś pomiędzy utworami Wysockiego usłyszą też maleńczukowskie interpretacje szlagierów Niemena czy Johhnego Casha. Ba, założę się, że byli i tacy, którzy gdzieś tam po cichu liczyli na jedną lub dwie piosenki z repertuary Pudelsów czy Homo Twist. Ale nic z tych rzeczy. Chociaż, czy na pewno? "Taki Straszny dom" przecież równie dobrze mógłby się znaleźć na płycie Homo Twist a "Gips" na albumie Pudelsów. Maleńczuk pożonglował trochę klimatami na nowym albumie ale to już osobna historia...
Za bezcelowe uznałem zamęczać Was suchą listą tego, co zagrał a raczej w jakiej kolejności. Wykonanie tych utworów także nie różniło się znacznie od wersji znanych z albumu. Miło było posłuchać, że Maleńczuk jest w dobrej formie i równie brawurowo wyśpiewuje songi Wysockiego na żywo. Fajnie było zobaczyć go z elektryczną V-ką i bałałajką (odpowiednio: "Gips" / "Moskwa Odessa"). Artysta był wyraźnie w dobrym nastroju. Wieńczące występ "Manekiny" na tle wszystkich zaprezentowanych wcześniej humorystycznych i mniej humorystycznych piosenek zabrzmiały wręcz monumentalnie. Przypomniał mi się wtedy ten wrocławski występ, tutaj też Norwid gdzieś zawisł nad sceną... Nie licząc żartobliwego songu o skoczku uparcie wybijającym się z prawej nogi ("Skok wzwyż"), bisów nie było. Z pewnym zdziwieniem odnotowałem, że łódzka publiczność też specjalnie się ich nie domagała, choć hojnie obdarowywała artystę oklaskami tego wieczoru. Gdy Maleńczuk wyjrzał zza kulis cichemu poklaskiwaniu towarzyszył widok tłumu pokornie zmierzającego do wyjścia...
Warte odnotowanie jest, że Sala Łódzkiej Wytwórni została zapełniona istotami w bardzo obszernym przedziale wiekowym. Czyżby Maleńczuk był już artystą wielopokoleniowym? Magia słów: Włodzimierz Wysocki chyba zrobiła zrobiła swoje...
Wychodząc z koncertu zastanawiałem się, co się właściwe stało, bo koncert przeleciał wręcz w ekspresowym tempie. Około siedemdziesiąt minut przerywanych monologiem artysty to nie jest dużo, sami musicie przyznać. Nie odniosłem też wrażenia, żeby Maleńczuk dał z siebie dużo. Wyszedł, odegrał materiał (profesjonalnie), podziękował (już wcześniej był kontent że "nie kazaliście nam spierdalać") i koniec. Dla jednych to dużo, dla drugich trochę za mało. Ja czułem niedosyt.
Tommy











Aktualności


Komentarze