Tides From Nebula - Łódź - 21.10.2011
30 Października 2011
Tłoczniej i gwarniej prezentowało się wnętrze łódzkiego klubu Improwizacja w porównaniu z koncertem Tides From Nebula w tym samym miejscu w ubiegłym roku. Część barowa, sporo rozleglejsza od właściwej sali koncertowej, przyjęła licznie przybyłych fanów klimatycznych dźwięków, istniała jednak realna obawa, że wszyscy nie zmieszczą się w pomieszczeniu zasadniczym. Na szczęście nikt nie został odprawiony z kwitkiem.

Sprawdzianem okazał się występ supportującej grupy Mjut. Zespół zaprezentował efektowną dla co wrażliwszego słuchacza mozaikę atmosferycznych gitar, transowych loopów i efektownych przestrzeni - zwłaszcza na koniec dając upust tym ostatnim. Miało to korzystny wpływ na prezentację muzyczną Mjut, który - wcześniej traktowany jako dodatek do gwiazdy wieczoru - zaczął faktycznie wzbudzać zainteresowanie. Szczerze życzyłbym sobie ujrzenie kapeli za rok z bogatszym w tej sferze repertuarem.
Reszta wieczoru należała już do formacji Tides From Nebula, która zaprezentowała swoje mocniejsze oblicze - z pazurem, pozbawione przytłaczającej melancholii, a pełne nieposkromionej energii. Świetnie znalazło to swoje zastosowanie w przypadku kompozycji z ostatniego albumu "Earthshine", które wybrzmiały z mocą niedostępną dla wersji studyjnych, nie tracąc przy tym swoistej przestrzeni. Koncert jednak rozpoczął się od przypomnienia starszych utworów - z okresu płyty "Aura". Te skutecznie wpłynęły na audytorium, balansujące między głębokim zasłuchaniem a podrygiwaniem do taktu. Klimat uniesienia i płynna energia. Strach przed ścianą dźwięku szybko opadł - brzmienie było naprawdę selektywne, choć całościowo przybrudzone.
Skąpe komentarze między utworami sprowadzały się do podziękowań za liczne przybycie fanów. Jak liczne? Wystarczyło przypomnieć sobie zeszłoroczny koncert. Już wtedy frekwencja była całkiem przyzwoita, ale teraz panował dosłowny ścisk, przybyli stali nawet na schodkach stojących do salki koncertowej. Panujący zaduch dobrze komponował się z drugą częścią koncertu, kiedy muzycy wyrównali proporcje i zagrali więcej utworów przestrzennych, otwartych. Nie przekroczyli jednak granicy przygnębienia. Wyszło na zdrowie. Wyszło wspaniale.
Na scenie muzycy Tides from Nebula wydają się nieobecni, zamknięci w ścianach własnego transu. Albo opętani, gdy miotają się na wszystkie strony bez chwili opamiętania. Dostrajają się do muzyki. Reagują na dźwięki. Na pewno nie można im zarzucić, że są nieautentyczni. Dla jednych pozostaną bandą nieokiełznanych, muzycznych romantyków. Dla innych będą szczerymi artystami z duszą. Ja zaliczam się do tych drugich.
Zbigniew Rogulski











Aktualności


Komentarze