Alone - Łódź - 09.09.2011 i 20.10.2011
10 Listopada 2011
O Alone nie można już od dłuższego czasu mówić jakoby miał być zespołem amatorskim, który dopiero stawia pierwsze kroki na polskiej scenie muzycznej. Czterej panowie w składzie: Jacek Strzelczyk (kompozytor, gitara), Łukasz Jerzykowski (gitara basowa), Łukasz "Flame" Ociepa (wokal) oraz Artur Sejpt (perkusja) dźwigają już całkiem spory bagaż doświadczenia i profesjonalizmu zarówno jeśli chodzi o muzyczny warsztat, tworzenie niespotykanego klimatu na koncertach oraz w kwestiach promocyjnych kapeli. Po wydaniu pierwszej płyty "What Am I" ich kariera bez wątpienia nabrała większego rozpędu. Zespół udziela wywiadów, gra koncerty w całym kraju, a od czasu do czasu można ich usłyszeć w polskich stacjach radiowych. W tym roku, dzięki klubowi Wytwórnia w Łodzi, Alone dostał szansę na zorganizowanie serii koncertów zatytułowanych "Alone in Circle". Nie słysząc ich nigdy wcześniej na żywo, postanowiłem przyjrzeć się pierwszym dwóm imprezom otwierającym cykl mając nadzieję na kawał solidnego grania. Nie zawiodłem się ani trochę.

fot. materiały prasowe zespołu
9 września tego roku występem poprzedzającym Alone był support rodzimej kapeli o chwytliwej, przekornej nazwie Te-Lie-Vision. Zespół w składzie: Marcin Reguła (bębny), Robert Horvath (bas), Marek Jabłoński (gitara) oraz Adam Czesny (wokal) zaprezentował publiczności autorskie utwory (m.in. "Czas pokaże", "Biesłan", "Homicide Drift") utrzymane przeważnie w stylistyce rapcorowej. Moją uwagę przykuła kompozycja "Hater". Pokusiłbym się o stwierdzenie, że jest to bez wątpienia najlepszy kawałek w dorobku tego młodego zespołu. Na dodatkową pochwałę zasługuje również gitarzysta Te-Lie-Vision. Ukryty pod maską chirurgiczną i ciemnymi okularami wyprawiał na gitarze takie rzeczy, że niejeden znany i doświadczony muzyk mógłby mu pozazdrościć umiejętności. Wziął on także gościnnie udział w koncercie Alone tego samego dnia, racząc nas nie raz szybkimi solówkami. Występ Te-Lie-Vision zakończył się coverem Prodigy - "Invaders Must Die" brzmiącym jak dla mnie lepiej niż oryginał.
Teraz przyszła kolej na gwiazdę wieczoru, czyli Alone. Zespół pojawił się na scenie ubrany w kolorowe, błyszczące kostiumy, z mocną charakteryzacją na twarzy. Koncert zaczął się utworem "Basic Law", który jako nowy materiał zapewne znajdzie się na drugim studyjnym krążku Alone. Ciężkie, gitarowe riffy przemieszane z dobitnym, głębokim brzmieniem basu i delikatną wokalizą idealnie oddawały to, co w muzyce łódzkiej kapeli jest najlepsze. Następnie panowie wykonali "Time Stop", gdzie czekało nas miłe urozmaicenie. Mianowicie, do melodyjnego głosu Flame'a dołączyły dwa żeńskie (Emila Kudra i Angelika Kłaczyńska). Kapela nie boi się eksperymentów, bawi się muzyką, a co najważniejsze czerpie z niej maksymalną radość, którą było widać na scenie od pierwszego do ostatniego utworu. Flame, jako frontman, utrzymywał kontakt z publicznością, a nawet rozdawał ze sceny darmowe zaproszenia na pizzę i bilety na kolejne koncerty Alone.
W dalszej części występu usłyszeliśmy "Watchful", "Replicate" oraz "Human Nature", w którym to na scenie pojawił się kolejny gość zespołu - Rafał Kubisiak, bardziej znany jako Rafcore. Oprócz starych kawałków mogliśmy usłyszeć także nowe kompozycje Alone takie jak "Soon", "Laundry", "Vision", czy też "Wap". Obydwie panie bardzo dobrze czuły się w roli chórków, a Rafcore co jakiś czas raczył nas zarówno ostrym rykiem jak i melodyjnymi frazami. Wrześniowy koncert zakończył się kompozycją "Nobody", po czym Alone na dobre zeszli ze sceny.
Z niecierpliwością czekałem na kolejny występ, który miał ukazać zespół w zupełnie nowym, subtelniejszym wydaniu. 20 października mogliśmy być świadkami pierwszego, akustycznego koncertu Alone. Już po samym wejściu do Wytwórni wiedziałem, że będzie magicznie. Scena została przystrojona małymi, iglastymi drzewkami i lampionami, a z sufitu zwisały kryształowe ozdoby tworząc przyjemny, kameralny nastrój. Tym razem obyło się bez supportu, lecz z Alone gościnnie wystąpił po raz drugi Marek Jabłoński, znany z Te-Lie-Vision. Panowie zaczęli z humorem, wykonując fragmenty klasycznych dzieł Chopina oraz Bacha przechodząc następnie do pierwszej własnej kompozycji tego wieczoru jaką była "Hidden Dream". Flame pojawił się na scenie wyłaniając się z publiczności i koncert zaczął się na dobre.
Nie zabrakło oczywiście starych utworów ("Fake", "Watchful", "For We Are Many", "Neither Am I"), które to możemy usłyszeć na pierwszym krążku Alone w o wiele cięższych aranżacjach. Przy wykonywaniu "Time Stop" zespół po raz kolejny zaskoczył słuchaczy. Tym razem na scenie pojawiła się Patrycja Malinowska, znana z finałowego występu w programie "Mam talent!". Swoją obecnością uraczyła nas jednak niezbyt długo. Po wspólnym zaśpiewaniu z Flame'em utworu "In The Dark" podziękowała łódzkiej publiczności i pozdrawiając, zeszła ze sceny przy akompaniamencie oklasków.
Kolejnym miłym akcentem w trakcie koncertu było wykonanie "Last Way". Jacek Strzelczyk, oprócz tego, że jest głównym kompozytorem utworów Alone, jest także multiinstrumentalistą, bo oprócz gitary i fortepianu, potrafi również pięknie frazować na saksofonie. Oprócz tego Flame zaprosił do wspólnego wykonania Justynę Martę Grodzką, wokalistkę, którą sami członkowie zespołu określają ich dobrym duchem i opiekunem. Swoim charyzmatycznym, oryginalnym wokalem bez wątpienia nadała całemu koncertowi nowej jakości. Po tym nadszedł czas na kolejną porcję nowego materiału. Alone zagrali w odmiennej aranżacji "Law Of Stone" oraz "Hate".
Flame w przerwach między utworami czarował publikę uśmiechem i humorem, opowiadając zabawne anegdoty z historii zespołu. Ostatnim kawałkiem znajdującym się na setliście był "We're All Possessed". Po tym panowie zeszli ze sceny, by powrócić na nią ponownie dając bis. I tu kolejne zaskoczenie. Po raz pierwszy mogliśmy usłyszeć "Time Stop" w wersji polskojęzycznej. Okazało się, że wokal Flame'a brzmi w rodzimej mowie równie dobrze, co po angielsku. Na zakończenie Alone wykonali instrumentalnie "Endless Path" schodząc pojedynczo ze sceny, aż wreszcie Jacek Strzelczyk ostatnią frazą na saksofonie zakończył drugi koncert Alone z cyklu "Alone in Circle".
Po wyjściu z Wytwórni poczułem się muzycznie zaspokojony. Alone swoim profesjonalnym i innowatorskim podejściem do grania na żywo sprawia, że słuchacz z niecierpliwością czeka na kolejne występy, w które łódzki zespół zapewne tchnie jeszcze więcej świeżości i niespodzianek. Zastanawiające jest również, jak będzie wyglądać finalna wersja nowego albumu Alone, który możliwe, że zostanie wydany w przyszłym roku. Prawdopodobnie zespół zaskoczy nas podobnie, jak czyni to na koncertach. I choć bilety w klubie Wytwórnia we wrześniu oraz październiku nie wyprzedały się całkowicie, ci, którzy przybyli, otrzymali porządną dawkę muzyki odkrywczej, spontanicznej i z polotem, którego nie często można zasmakować na polskiej scenie artystycznej.
Konrad Olejnik











Aktualności


Komentarze