Arena - Warszawa - 8.11.2011
17 Listopada 2011
Frekwencja na koncercie Areny w warszawskiej Progresji nie powalała na kolana, tragedii jednak nie było. Aż dziw bierze, że klub nie wypełnił się po brzegi. Tak nagłaśniany w mediach koncert powinien cieszyć się zdecydowanie większym zainteresowaniem. W końcu Arena to bez wątpienia jeden z najbardziej znanych brytyjskich zespołów neo-progresywnych. Obcować z takimi tuzami muzycznego światka jak Nick Pointer (założyciel legendarnej kapeli Marillion), Clive Nolan (Shadowland, Pendragon, Caamory), John Jowitt (IQ i Jadis) i John Mitchell (The Urbane, KINO, It Bites, John Wetton Group) to nie lada gratka dla fana rocka progresywnego. Szkoda, że rock progresywny nie cieszy się u nas jeszcze tak dużą sympatią jak na Zachodzie. Tym razem nie było więc ani zdeptanych butów, ani łokci w żebrak. Nieco ponad stu fanów Areny (w większości panowie w wieku co najmniej średnim) przybyło tego wieczoru, aby posłuchać w jakiej kondycji jest obecnie zespół. Koncerty w Polsce były rzecz jasna częścią trasy "The Seventh Degree Of Separation Tour" promującej nowy album.
fot. Jakub Ćmil
Przed wielkim show gwiazdy wieczoru, jako support wystąpił polski Believe - zespół, który zdobywa sobie coraz większą popularność wśród fanów ambitnego rocka. To kapela, która występowała już u boku samego Fisha (ex-wokalista Marillion). Przed koncertem mocno wierzyłem, że Believe mnie nie zawiedzie. Nazwa w końcu zobowiązuje. Tak też się stało. Progrockowa formacja pod dowództwem doświadczonego Mirosława Gila (ex-Collage) rozbujała publiczność zgromadzoną pod sceną. Nawet ci, którzy nie znali warszawskiej grupy bawili się rewelacyjnie. Dla niektórych było to muzyczne novum - "gitara i skrzypce w muzyce rockowej?", pytali z niedowierzaniem. Jednak szybko przekonali się, że to wyrafinowane połączenie. Gil i spółka zagrali bardzo dobry ponad godzinny set. I chyba nikt nie był rozczarowany. Jednak zdecydowana większość czekała na gwiazdę wieczoru.
Nagle nastała ciemność. Po chwili muzycy wyszli na scenę; w tle słychać było cyrkową melodyjkę rodem z Monty Pythona. Utworem otwierającym koncert był "The Great Escape" z nowego albumu. Spotkał się on z umiarkowanym entuzjazmem wśród zgromadzonych, a szkoda, bowiem Paul zaśpiewał go rewelacyjnie. To kawałek bardzo szybko wpadający w ucho, ciekawie zaaranżowany. Niestety, taka reakcja następowała po większości piosenek z nowego albumu. Publiczność nie znając nowego materiału (album oficjalnie jeszcze nie jest w sprzedaży, można było go nabyć w kuluarach klubu) nie okazywała młodzieńczej radości. Nie oznacza to, że wszyscy stali z założonymi rękami. Arena grała przecież i starsze utwory, przy których publika reagowała bardzo żywiołowo. Tak było chociażby przy energicznym "The Tinder Box", "Burning Down", czy końcowym "Rapture". Podczas wykonywania "Crack In The Ice" i nastrojowego "Breathe" wśród audytorium solidnie zawrzało. Trzeba przyznać, że Paul świetnie poradził sobie z kompozycjami wcześniej śpiewanymi przez Roba Sowdena. Nie starał się na siłę małpować maniery wokalnej swojego poprzednika.
Wreszcie zespół pokusił się na odegranie "City of Lanterns" z bezpośrednim przejściem w jedyny w swoim rodzaju "Riding the Tide". Przy tym ostatnim moje uszy doznały muzycznego orgazmu. A wszystko za sprawą klawiszowych popisów Clive'a Nolana. W drugiej części koncertu zespół pozwolił sobie na sporą dawkę improwizacji, co chyba bardziej przypadło publice do gustu. Zespół w końcu brzmiał majestatycznie. Genialnie zagrane utwory z "The Visitors" - tytułowy oraz "Serenity" (instrumentalny popis Mitchella) rozbujały publiczność. Przez chwilę poczułem się, jakbym słyszał i widział Gilmoura na deskach warszawskiej sceny. Był to jeden z najpiękniejszych momentów tego koncertu. Publiczności również podobało się floydowskie wykonanie "Serenity". Podobnie zespół wypadł w starszych kompozycjach - z debiutanckiego krążka usłyszeliśmy "Valley of The Kings" i "Crying For Help". Natwarzy wokalisty zagościł wreszcie uśmiech :)
Niemniej, najlepsze wciąż było przed nami. Paul wziął gitarę akustyczną do ręki i zaczął śpiewać "The Eyes of Lara Moon" z albumu "Pepper's Ghost". Szczerze, nie słyszałem nigdy tak ciepło brzmiącego, a zarazem tak kryształowego wokalu w wersji live! Paulowi wtórował rewelacyjnie tworzący klimat utworu Nolan i Mitchell, który zagrał przepiękną solówkę. Podobne odczucie miałem słuchając melodyjnego i balladowego "What If" (z nowego albumu) czy "The Visitor", w którym John Mitchell wzbił się na wyżyny swoich umiejętności! Solówka z tego utworu to po prostu maestria. Przypomniała mi ona tę, odegraną przez Davida Gilmoura w utworze "Comfortably Numb". Kunszt techniczny wszystkich członków zespołu nie pozostawiał żadnych wątpliwości. Świetną robotę wykonali Jowitt i Pointer! Na zakończenie Brytyjczycy zaaplikowali nam patetyczny "Ascension" i zeszli ze sceny.
Porównując nowy materiał w wersji studyjnej i wersje koncertowe, te drugie wypadają zdecydowanie lepiej. Nowe wydawnictwo nie powala na kolana, jednak to wciąż świetna dawka dobrej rockowej muzyki. Jak pokazał warszawki koncert, dzisiejsza Arena to nie zbieranina ludzi o nieprzeciętnych umiejętnościach indywidualnych, lecz silna i zwarta formacja, która ma nam jeszcze dużo do zaoferowania.
Damian Ciura











Aktualności


Komentarze