Dream Theater - Poznań - 29.01.2012
4 Lutego 2012
Pomimo, że od ostatniego występu minęło zaledwie kilka miesięcy, to zgodnie z obietnicą powrócili do naszego kraju. Tym razem jako zespół, który promuje swoją najnowszą płytę, a nie perkusistę. Mowa oczywiście o Dream Theater, który w ubiegłą niedzielę wystąpił na deskach Areny w Poznaniu w ramach trasy "A Dramatic Tour Of Events".

Sam koncert do ostatniej minuty stał pod znakiem zapytania. Przyczyną były problemy techniczne, które udało się rozwiązać dopiero około godziny 20.20. Do tego czasu, decyzją kierownictwa, nie pozwolono nikogo wpuścić do obiektu. W konsekwencji kilkaset osób stało nawet kilka godzin w temperaturze minusowej. Koncert zaczął się z ponad godzinnym opóźnieniem i z tego powodu zrezygnowano z supportu. Dodatkowo zespół wszedł na scenę kiedy ochrona jeszcze wpuszczała fanów, inni stali w ogromnych kolejkach do szatni lub po gorący napój, a na sali była zaledwie garstka widzów.
Po tak nieciekawym początku, w końcu z głośników poleciały pierwsze takty "Bridges In The Sky" z najnowszego albumu. Ci, którzy byli poza salą mogli zorientować się, który zespół zaczyna grać jedynie po charakterystycznym początku tego utworu.
Zespół jak zawsze profesjonalnie zaprezentował swój materiał, a świetne nagłośnienie potęgowało doznania. Pomiędzy utwory z ostatniej płyty wplecione zostały starsze kawałki jak np. "6:00", "The Spirit Carries On" czy "War Inside My Head". Trzeba przyznać, że setlista była świetna, choć każdy chciał usłyszeć inny utwór. Przy tak bogatej twórczości jest z czego wybierać. Jak dla mnie na pewno zabrakło "Lost Not Forgotten" i "Home".
W połowie koncertu James LaBrie i John Petrucci usiedli i zagrali dwa utwory akustycznie, prosząc publiczność o wsparcie. Obie ballady - "The Silent Man" i "Beneath the Surface" - wprowadziły słuchaczy w relaksujący nastrój, a jak wiadomo, DT potrafi tworzyć takie ckliwe kawałki. Pomimo wieloletniej obecności na scenie wokalista ma bardzo mały kontakt z publicznością i zazwyczaj niewiele mówi. W Poznaniu było tak samo, choć widać, że LaBrie pracuje nad tym.
Ogromne wrażenie po raz kolejny zrobił Mike Mangini swoja solówką na perkusji. Tym samym potwierdził, że jest godnym następcą Portnoya, choć nigdy nie zastąpi założyciela Dreamów pod względem charyzmy. Po koncercie wśród wychodzącego tłumu dało się słyszeć głównie rozmowy na temat niewiarygodnych umiejętności i talentu nowego członka zespołu.
Jak to bywa podczas tournee promującego ostatnie wydawnictwo, grupa zaprezentowała większą cześć "A Dramatic Turn Of Events". Płyta zyskała wielu fanów i świetnie przyjęła się, co zdecydowanie było widać po reakcjach publiczności. Przy każdym utworze z najnowszego krążka widownia wtórowała muzykom i nagradzała gromkimi brawami oraz okrzykami godnymi metalowej braci. Na bis usłyszeliśmy tylko jedną piosenkę i nikogo nie zaskoczę pisząc, że to był "Pull Me Under". Podczas wykonywania tego utworu część fanów zeszła z trybun na płytę, aby zaśpiewać największy hit w dorobku DT.
Całość oceniam bardzo wysoko. To jeden z nielicznych zespołów progresywnych, których mogę słuchać, pomimo przeciągających się w nieskończoność momentów bez wokalu. To już dziewiąty raz, kiedy Dream Theater zagrał przed polska publicznością i pokazał, że warto na żywo posłuchać ich utworów.
Katarzyna Strzelec











Aktualności


Komentarze