A Pale Horse Named Death - Wrocław - 11.02.2012
15 Lutego 2012
W dniu 11 lutego 2012 we wrocławskim klubie Liverpool wystąpiła grupa A Pale Horses Named Death. Zespół powstał zaledwie rok temu z inicjatywy perkusisty Sal Abruscato, znanego z takich kapel jak Type O Negative czy Life Of Agony. Tu jednak Sal stanął za mikrofonem z gitarą w ręku, a za bębnami posadził kolegę z Type O Negative - Johnny'ego Kelly. Reszta składu to: Matt Brown (gitara, śpiew), Steve Zing (bas) i Eddie Heedles (gitara). Koncert odbył się w ramach trasy promującej album "And Hell Will Follow Me" wydany w zeszłym roku.

Koncert zaczął się tuż przed godziną 20.00. Jako suport zagrała szwajcarska grupa Blood Runs Deep, która przez 40 minut rozgrzewała publiczność przed gwiazdą wieczoru. Sam zespół to czterech muzyków bardzo dobrze bawiących się na scenie. Podobał mi się charakterystyczny głos wokalisty Stefana Vida, który świetnie komponował się z ciężką choć melodyjną muzyką. Zespół ma na koncie tylko debiutancką płytę wydaną w 2009 roku "These Thoughts About Suicide", więc zaprezentowany materiał nikogo nie zaskoczył.
Po szybkiej zmianie sprzętu na scenie pojawili się długo wyczekiwani A Pale Horses Named Death. W klubie zrobiło się tłoczno i sporo osób zgromadziło się pod sceną, aby wysłuchać utworów z jedynego, jak do tej pory, krążka zespołu. Z całej płyty nie zagrano tylko 2 piosenek: "And Hell Will Follow Me" i "Bad Dream". Sama muzyka określana jest jako gothic-doom-metal czyli mieszanka różnych styli, co nie jest niczym dziwnym przy takim składzie zespołu. Dobrze słuchało się na żywo "Heroin Train" czy "As Black As My Heart" i widać, że amerykanie także lubią grać te kawałki. Cały koncert był bardzo energiczny i szybko minął. Jedyne czego zabrakło tego wieczoru to bis. Nie pamiętam koncertu, na którym pomimo długich braw, okrzyków i próśb o więcej członkowie zespołu zaczęli chować sprzęt i nie reagowali na publiczność.
To był kameralny koncert, a takie są najlepsze. Pomimo braku bisu i w ramach rekompensaty, muzycy cierpliwie rozdawali autografy tuż po występie i pozwalali sobie robić zdjęcia z fanami. Po spakowaniu instrumentów i chwili wytchnienia, goście spędzili wieczór na wspólnej zabawie z osobami, które pozostały w klubie. Choć opuściłam Liverpool wcześniej, a zespoły następnego dnia podążały dalej w trasę, to sądzę, że imprezowanie zakończyło się późno w nocy lub nawet tuż nad ranem. Jednego jestem pewna: w pamięci muzyków na długo zostaną polscy fani oraz szoty z psem w nazwie.
Katarzyna Strzelec











Aktualności


Komentarze