Coma - Kraków - świeżość rock'n'rolla
Siódmego stycznia 2005 w ramach "Studenckich Horyzontów Muzycznych" w krakowskiej Rotundzie wystąpił zespół Coma. Poprzedzony był trzema innymi kapelami. Zainteresowanie tym wydarzeniem. było bardzo duże. Mimo iż niespełna miesiąc wcześniej muzycy wystąpili "Pod jaszczurami", dostanie biletów w dniu koncertu graniczyło z cudem. Zaczęło się, jak zwykle, z opóźnieniem, choć czas naglił, bo na ten wieczór/noc planowana była też rockoteka.
Początek koncertu nie zwiastował nic dobrego. Mało efektowne wejście i dwa wolne kawałki. Dlaczego tak rozpoczęli? Nie mam pojęcia - ale to nie był dobry pomysł. Jednak potem było już mocno, dynamicznie i z nieprzeciętną rock'n'rollową świeżością. Poza materiałem z płyty, zagrali też niepublikowane utwory.
Koncertowa Coma jest bardziej surowa i ciężka - ale to nie przeszkadzało słuchaczom - wręcz przeciwnie. Większość z nich wykrzykiwała z Piotkiem Roguckim całe teksty praktycznie każdej piosenki. Teatralne zachowanie wokalisty wprowadzało elementy dramaturgii i namiastkę widowiska. Szybko zdołał on porwać tłum w wir swoich zabaw. Kontakt publiczność - zespół - idealny. Dlatego nie warto nawet wspominać chociażby o drobnych wpadkach Roguckiego w wyższych rejestrach. Szczególnie utkwiła mi w pamięci jedna zapowiedź - a teraz piosenka, którą możecie zadedykować jakiejś bliskiej osobie, która jest dla was szczególnie ważna - "Nie wierzę skurwysynom".
Do jego charyzmy dopasowali się pozostali członkowie zespołu, którzy też spalali na scenie maksimum energii. Jak mówili mi po występie - czuli ogromny głód koncertowy. A było to o tyle dziwne, że przecież na ich brak nie mogą narzekać. Zachwyceni byli też reakcją słuchaczy - szczególnie utkwił im widok rytmicznie skaczącej sali przy utworze "Skaczemy" - tak to chyba nawet w Łodzi nie mieliśmy - powiedział basista Rafał Matuszak.
Nie zabrakło niczego, na co fani mogli czekać - był: "Leszek Żukowski", "Sierpień", "Spadam", "Czas globalnej niepogody". Część właściwą koncertu zakończył "Zbyszek". Piotr Rogucki zapowiedział, że pojawi się podczas tego występu gość i faktycznie - pojawił się... w osobie jego samego w przebraniu. Była to ciekawa stylizacja na Freddiego Mercurego. Na bis zagrali wyproszonego przez tłum "Pasażera".
Koncert trwał znacznie ponad dwie godziny i poza samym początkiem, był kwintesencją rockowego grania - moc, energia, polot i zaangażowanie. Ponadto dobre rozłożenie emocji i tempa, doskonały balans pomiędzy dialogiem z publicznością, szybkimi, a wolnymi utworami. Zagrali po prostu świetnie i pokazali, że są obecnie najważniejszą młodą rockową siłą w Polsce. A nikogo nie trzeba przekonywać, jak bardzo kogoś takiego brakowało. Podsumowując- publiczność bynajmniej nie przypadkowa, zespół bynajmniej nie banalny, występ bynajmniej nie przeciętny.
Bartłomiej "Eternus" Biga











Aktualności


Komentarze