Coma i Normalsi - Wrocław - 08.03.2007
To nie będzie obiektywna relacja. Nie mogę być obiektywna, gdy piszę o zespole, który wzbudza tyle pozytywnych emocji. Zespole bezkonkurencyjnym. Panie i panowie - Coma.
Nagrali dwie bardzo równe płyty i wciąż grają równie porywające, co równe koncerty. I moim nieskromnie obiektywnym zdaniem był to ich najlepszy z ostatnich czterech wrocławskich koncertów, na których byłam. Tym razem, zamiast w kameralnie upakowanej sali klubu "W-Z", Wrocław ugościł Comę w przestronnej Wytwórni Filmów Fabularnych.
Na wstępie kilka słów o supporcie, który tym razem wystąpił (zapowiadany na wspólny występ 26. listopada zespół Anastasis nie pojawił się). I dobrze się stało, bo Normalsi rozruszali nieliczną jeszcze publiczność. Swoją godzinę wykorzystali bardzo dobrze. Nie było ociągania się, przepraszania, że gramy, choć jak powiedział wokalista, wiedzieli dla kogo wszyscy tu przyszli. I nie poddali się, i dobrze ? bo takiego pozytywnego grania nam trzeba. Łoili na przyzwoitym poziomie. Mocna mieszanka grzmiącego rocka i psychodelii. Wszystko przed nimi.
Gwiazda wieczoru pokazała jak zawsze na co ją stać (przypominam, że to nie jest obiektywna relacja). Na większości nie została ani jedna sucha nitka. Wrocławska publiczność, "mądra", jak powiedział Piotr Rogucki, wyglądała na usatysfakcjonowaną. Duża scena, więcej miejsca dla bardzo żywiołowych reakcji publiczności, nawet wielki telebim, na którym można było zobaczyć i siebie, i muzyków. Była też niesamowita gra świateł sugestywnie dopełniająca dzieła. I były nietypowe życzenia dla wszystkich, którzy tego dnia czuli się kobietami ( koncert odbył się 8. marca). I był niespodziewany początek w postaci "Ciszy i ognia". A po takim trzęsieniu ziemi... Jak dla mnie - po tym koncercie już tylko potop. Zagrali... Może wygodniej powiedzieć czego nie zagrali. Z żelaznego rozkładu jazdy nie było - co chyba wypada uznać za smutną niespodziankę - "Spadam". Nie zagrali też, nad czym ubolewam "Listopada", "Nie ma Józka", "W ogrodzie", "Ocalenia", "Nie wierzę skurwysynom" i "Dalekiej drogi do domu". Nie pojawiła się również rozsławiona na forum nowa piosenka zatytułowana "Dyskoteki". Moja i - jeśli mam prawo wypowiadać się w imieniu wszystkich - nasza ciekawość nie została zaspokojona. Ale za to na bis dostaliśmy to, czego sami chcieliśmy - "Leszka Żukowskiego" i "Sto tysięcy jednakowych miast". A wiadomo, że ten drugi utwór właśnie tu, we Wrocławiu, brzmi wyjątkowo.
Oprócz niewiarygodnej siły muzyki, świetny kontakt z widownią, która ponoć w całości wyglądała na studentów, co stwierdził Piotr Rogucki. Gdyby wszyscy muzycy świata umieli tak porwać za sobą ludzi. Albo inaczej - gdyby każda publiczność reagowała tak na swojego ulubionego wykonawcę... Wyjątkowym podziękowaniem dla nas był gest szacunku Piotra na koniec tego dwugodzinnego katharsis.
Jak duża jest siła muzyki, jaką tworzy Coma, na okazję chyba też przekonać się sam wokalista. Jego sceniczna choreografia wciąż się zmienia i mam wrażenie, że daje się on autentycznie porwać przez dźwięki generowane przez swoich kolegów. Zero pozerstwa czy sztuczności. Czysta energia. I to się ceni, i za to ich uwielbiamy.
Ewa Chowańska











Aktualności


Komentarze