Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


Monilove - Warszawa - 7.03.2014

18 Marca 2014

Jakoś zawsze przed obcowaniem z raperkami budzi się we mnie niepokój... Prawdopodobnie ma to związek z faktem subiektywnego, niezbyt logicznego przeświadczenia, że jednak tego typu muzyka i przekaz łączy się przede wszystkim z testosteronem i niejako wpisana jest w męskie, agresywne podejście. Szowinizm ? Stereotypizacja ? Być może... Natomiast takie podejście tym silniej opanowuje mnie, kiedy mam mieć do czynienia z raperkami polskimi. Fakt, zdarza się to bardzo rzadko. Ale ok, nie mam się tutaj usprawiedliwiać. Summa summarum, starając się podejść jak najbardziej obiektywnie, wybrałem się na koncert promocyjny Monilove do warszawskiego CDQ. I było to doświadczenie... ciekawe. Trochę smutne, trochę groteskowe, trochę skłaniające do przemyśleń... Natomiast sam stage act przygotowany był jak najbardziej profesjonalnie !


Koncert poprzedzony był rozgrzewającym setem Djskim; zgromadzeni zaciekawieni mogli pobujać się do znanych i nieznanych klubowych, dosadnych rytmów z głębokim basem. Stosunkowo długo trzeba było czekać na Monilove i jej ekipę Jestak, ale miało to swoje uzasadnienie w niestety niskiej frekwencji w klubie. Rozumiem. Występ rozpoczął się instrumentalnie, a po paru minutach gitarowych fajerwerków głównodowodząca wieczoru, wyłoniwszy się z tłumu, wskoczyła na scenę. Następnie dołączyła do niej tancerka. Nielicznie zgromadzeni wytrwalcy pod sceną mogli teraz przez około godzinę obcować z nowym materiałem Monilove. Było mocno, gitarowo, dosadnie, ale też z nutką dziewczęcego wdzięku i nazbyt dla mnie aktorsko przerysowanymi pozami w stylu "gangsta".

Koncert prezentował właściwie tylko materiał z nowej płyty, co jest tym bardziej zrozumiałe, że po pierwsze był to event promocyjny tego wydawnictwa, a po drugie, że najnowszy materiał jest diametralnie inny od dancehallowego poprzednika. Połączenie tych dwu opcji byłoby stylistycznym samobójstwem... Bujaliśmy się więc w ten raczej chłodny wieczór w rytm konkretnych beatów żywych, mocno osadzonych bębnów, postslayerowych riffów podpartych kostkowanym basem i oczywiście zaangażowanych liryków Monilove. Swój przekaz artystka zaznaczyła już na wstępie jasno: "W życiu ważne są trzy rzeczy. Energia. Moc. I love przede wszystkim". Takie motto, będące zarazem motywem przewodnim nowego albumu, brzmiało jednak nieco infantylnie akurat tego wieczora i akurat w tym klubie. Dlaczego ? To trochę później.

Teraz jeszcze o samym koncercie. Przede wszystkim było bardzo głośno. Domyślam się, że taki był zamysł. No ale litości, dzwonienie w uszach towarzyszyło mi jeszcze następnego dnia ! Dla porównania, nie towarzyszyło mi ono po koncercie Bullet for my Valentine ani 5 Finger Death Punch w Stodole... Nadmiar decybeli był najzwyczajniej w świecie męczący, w związku z czym przeszkadzał w swobodnym bujaniu się w rytm muzyki. Co nie zmienia jednak faktu, że zespół przygotowany był bardzo rzetelnie. Na największą pochwałę w pełni zasługuje bębniarz Jestak, który niczym generator prądu napędzał swoimi potężnymi uderzeniami i równiutkimi przejściami szesnastkowymi nieco eklektycznie zbudowany organizm złożony z pozostałych członków zespołu. Na tym mocarnym, podbudowanym dodatkowo loopami fundamencie zespół budował swój energetyczny przekaz. W dalszej perspektywie tradycyjnie trashowe brzmienie Jacksona na dość prostackich riffach ścierało się z Djskimi wstawkami i wokalem/rapem Monilove. Niestety, natężenie decybeli powodowało, że całość była dość nieczytelna i męcząca, chociaż każda osoba na scenie dawała z siebie wszystko, by pokazać, jak dobrze się bawi.

Sama Monilove wydała mi się nieco sztuczna i spięta, nie umiała też za bardzo nawiązać kontaktu z publicznością. Tutaj jednak nie mam do niej pretensji, bo nie było za bardzo z kim tego kontaktu nawiązywać... I doskonale rozumiem jej nabrzmiały smutną ironią, której nie była w stanie całkowicie zakamuflować, komentarz "Ładnie. Nagraj płytę, wtedy też będziesz mógł wystąpić na scenie", odnoszący się do zachowania nabuzowanego alkoholem, trybsoidalnego osobnika pod sceną. Natomiast wisienką na torcie całego przedsięwzięcia była dla mnie tancerka. Dziewczyna ewidentnie zakotwiczona w rytmach dancehallowych, moim zdaniem niezbyt umiała się odnaleźć w mieszance Slayera/Rage against the Machine/Rammsteina, przez co dodawała swoimi pozami szczypty niezamierzonej kabaretowości do całego koncertu. Hitem tutaj było jej wybounce'owywanie gęstego podziału szesnastkowego pośladkami, jednocześnie pokazując publiczności podwójnego fucka, który to gest odnosił się do treści piosenki... Obyło się bez bisów, których sama artystka nie miała raczej ochoty wykonywać. No bo i też dla kogo...

Teraz przemyślenia. Przedsięwzięcie moim zdaniem niezbyt się udało ze względu na parę czynników. Najważniejsze, to naprawdę słaba frekwencja w klubie. I nie ma tutaj raczej winy ze strony organizatorów/artystów. Były plakaty, była promocja na FB i w innych mediach, były wywiady i konkursy o zdobycie wejściówki. Czyli raczej szeroko zakrojone działania. Mało tego ! Był także dowódca wytwórni, z którą podpisała się Monilove - czyli Sławek Pietrzak z SP Records. Byli inni, zaprzyjaźnieni muzycy (chociażby ze składu Mariki). Byli wreszcie przedstawiciele mediów (oh, jak dumnie to brzmi !) czyli my. No i co z tego ? No właśnie... Gdyby odliczyć tych wszystkich krewnych i znajomych królika, to właściwie osób neutralnych było pewnie około 10ciu w klubie... A pamiętajmy, że był to koncert promocyjny nowego wydawnictwa, nie jakiś tam sobie kolejny koncert. No i Warszawa, czyli stolyca. I nic. Puchy. Bardzo, bardzo to smutne i wniosek wydaje mi się dość jednoznaczny - ludziom NIE CHCE się za bardzo chodzić na koncerty. Mają przesyt. Mają telewizję, mają Internet, mają wreszcie setki różnych eventów tego samego dnia/wieczora. I mają fejsa... To straszne. Jeśli artystka grająca promocyjny koncert swojego nowego wydawnictwa, przy pomocy i nakładzie ze strony wytwórni, przy szeroko zakrojonej promocji, ma tak niską frekwencję... Artystka, dodajmy, nie tak wcale nierozpoznawalna. Ba ! Nie mówiąc już o atrakcyjnie anonsowanym before i afterparty czy udziale DJ Feel-x'a w całej zabawie, który jest już jednak legendą rodzimej sceny hip-hopowej. No to coś jest ewidentnie nie tak. Słabo. Ale z drugiej strony; skoro jest taki szeroki wybór wieczornych aktywności, dlaczego właściwie się tym przejmować ? To znak czasów chyba...

No i kwestia kolejna. Nieprzypadkowo użyłem określenia "eklektyczny skład" dla Monilove i Jestak. Ich jedyną wspólną cechą wydawały się być tatuaże... Chociaż nie wiem jak z tancerką. A tak to na scenie mieliśmy zbiór indywidualistów. Niezłych gabarytów bębniarz o iście aryjskiej aparycji i agresywnym płomieniu szału muzycznego w oczach, reprezentujący szkołę raczej mało wysublimowanego, współcześnie metalowego łojenia. Świetny technik o mocnym uderzeniu. Chudy gitarzysta dzielnie hołdujący szkole klasycznego trashu i heavy metalu, brzmiący za sprawą swojego Jacksona rodem jak z lat 80. Brakowało mu tylko białych adidasów. Basista o nieco kalifornijsko punkowej proweniencji, no może ewentualnie przechodzącej w skomercjalizowany, wesołkowaty Oi !, naparzający kostką na basówce zawieszonej na kolanach. Z boku enigmatyczny i monumentalny DJ Feel-x, który sprawiał wrażenie nieco zagubionego, choć nie raz ratował sytuację jakimś zręcznym skitem czy skraczem; weteran scen klubowych. Z drugiego boku jakiś lekko papuśny brodacz, który coś tam pykał na laptopie (może loopy ?) i syncie (którego i tak nie było słychać), czasem jedynie przebijający się zdublowanym wokalem z nałożonymi efektami, który dzielnie reprezentował. Na szczycie tej chybotliwej piramidy wątłej raczej budowy Monilove, starająca się nadać temu wszystkiemu jakiś wspólny, spójny mianownik swoim wokalem i charyzmą, zarazem utrzymując ster kapitana. Mocno wystudiowana osobowość sceniczna, zbyt spięta jak na porywającą publiczność frontmankę... No i wspomniana wisienka na torcie - dancehallowa tancerka, polewająca swoimi ruchami i minami to rozbudowane danie kuchni fusion obfitym sosem komedii nonsensu. Jakby z innego świata.

Przez wyżej wymienione elementy wydźwięk całego przedsięwzięcia był bardzo niespójny, a przekaz jawił się jako sztuczny, jałowy i nieczytelny. Domyślam się, że chciano tutaj zrobić coś nieco innego, wprowadzić jakiś ferment, poruszyć ludzi. Zaciekawić, żeby mówili "no nieźle, mocno i konkretnie, ale nadal hip-hopowo i bujająco, do tego fajne, współczesne teksty i dobry image. Kupuję to". No ale niestety tym razem nikt tego nie kupił. Produkt nie za bardzo nadawał się na sprzedaż, nie ma też na niego, jak pokazał ostatni koncert w Warszawie, zbyt dużego rynku zbytu... Oczywiście, mogę się mylić. Może zespół był słabo ukręcony, może byli rozdrażnieni, mieli zły dzień, tancerkę rzucił chłopak, a ogrzewanie klubu szlag trafił. Może pozostałe koncerty na trasie udały się super. Może to był wyjątek potwierdzający regułę, że jednak Monilove jest co najmniej ok. Albo i lepsza. Ale nie zmienia to mojego wniosku, który już dawno wysnułem bujając się po pomniejszych koncertach w Warszawie. Ludziom tutaj NIE CHCE SIĘ CHODZIĆ NA MNIEJ ZNANE SKŁADY. To bardzo, bardzo smutne. I tym fatalistycznym akcentem zwracam się do Was, którzy dobrnęliście do końca mojej grafomańskiej tyrady; nie narzekajcie, że są słabe koncerty lub/i w małej ilości, jeśli sami nawet na żadne nie chodzicie...

mateusz.biegaj

dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Ostanio dodane relacje

Anderson, Rabin and Wakeman - Dolina Charlotty - 13.07.2017	 (relacja)Anderson, Rabin and Wakeman - Dolina Charlotty - 13.07.2017

Trzeba przyznać, że dobór headlinerów pierwszej części 11. Festiwalu Legend Rocka w Dolinie Charlotty był intrygujący. Gwiazdami obu wieczorów były występy formacje składające się z byłych członków kultowych, wciąż... czytaj całą relację...

15. Gitarowy Rekord Guinnessa - Wrocław - 1.05.2017 (relacja)15. Gitarowy Rekord Guinnessa - Wrocław - 1.05.2017

Chociaż w tym roku nie udało się pobić rekordu Guinnessa, to wynik 6299 gitar uniesionych w geście pozdrowienia dla Mistrza tego instrumentu i największego innowatora sześciu strun, jest i tak wynikiem imponującym,... czytaj całą relację...

Krzysztof Zalewski - Warszawa - 23.02.2017 (relacja)Krzysztof Zalewski - Warszawa - 23.02.2017

W czwartkowy wieczór 23 lutego w Stodole obejrzałem, być może nową gwiazdę, polskiej muzyki. Zapraszam na relację z koncertu Krzysztofa Zalewskiego. czytaj całą relację...

Koncerty

Top 5 - relacje

Najczęściej komentowane | czytane

AC/DC - Warszawa - 27.05.2010 (relacja)AC/DC - Warszawa - 27.05.2010

Od ostatniego koncertu australijskiej formacji AC/DC w Polsce minęło 19 lat. I choć od tamtego czasu członkom zespołu przybyło siwych włosów na głowie, występem 27 maja na warszawskim Bemowie potwierdzili, że wciąż... czytaj całą relację...

Europe - Warszawa - 19.06.2010 (relacja)Europe - Warszawa - 19.06.2010

W sobotę 19 czerwca w Warszawie, jako gwiazda imprezy Wianki nad Wisłą, wystąpił zespół Europe. Wreszcie w Polsce, należałoby dodać. Przypomnę, pierwszy koncert w naszym kraju Szwedzi zagrali ponad 18 lat temu... czytaj całą relację...

Europe - Presov - 2.02.2010  (relacja)Europe - Presov - 2.02.2010

O tym, że "Last Look At Eden" to już trzecia płyta Europe wydana po reaktywacji zespołu w 2003r. (a w całym ich dorobku ósma) nie muszę chyba wspominać. Zainteresowani doskonale to wiedzą, tych mniej wtajemniczonych... czytaj całą relację...

Roger Waters - Roger Waters - "The Wall" - Łódź - 19.04.2011

Koncept płyty "The Wall" w 1979 roku wyprzedził o jakieś ćwierć wieku technikę, która pozwalałaby go przedstawić w trasie koncertowej. Po premierze albumu, co prawda, wystawiono go w formie przygotowanego z dużym... czytaj całą relację...

Helloween/Stratovarius - Warszawa - 17.12.2010 (relacja)Helloween/Stratovarius - Warszawa - 17.12.2010

17 grudnia 2010 w Warszawie mieliśmy okazję zobaczyć żywą legendę heavy metalu - zespół Helloween. Koncert promował ostatni ich album "7 Sinners". Trasa "7 Sinners World Tour 2010/11" objęła ponad 50 koncertów... czytaj całą relację...

Nowe recenzje

Copyright © Rock Magazyn 2001-2019. Wszelkie prawa zastrzeżone.