Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


Jazzombie (Pink Freud & Lao Che) - Wrocław - 23.03.2014

27 Marca 2014

Zupełnie szczerze: nie pamiętam, kiedy byłem na lepszym koncercie! Panowie z Lao Che i Pink Freud, a właściwie z Jazzombie... Szapo ba! Mistrzostwo świata i okolic. Ale od początku...


Wrocław. Zimno. Wieje. I pada. Problem z wejściem. Spóźnienie. Tłum ludzi... Ale uff, zdążyłem. Wrocławski Eter, dla niezorientowanych, to naprawdę duży klub. Koncert (scenę) można obserwować z dwóch poziomów - balkonowego, gdzie dominują krzesełka i sekcja dziecięco-geriatryczna i dolnego, właściwego, gdzie się stoi. Ewentualnie siedzi przy barze lub pod ścianą. Tego wieczora miejsca nie było właściwie nigdzie, ludzie naprawdę szczelnie wypełnili tę przypominającą zimnowojenny bunkier przestrzeń. Przezornie zdążyłem jeszcze skorzystać z toalety (na zaś), znając realia tego typu przedsięwzięć w momencie przerwy między koncertami i/lub końca całego wydarzenia. Pochodziłem, poszukałem i niewinnie stanąłem sobie z boku sceny, zyskując doskonałą perspektywę do oglądania przedstawienia. I kontemplowałem...

Pink Freud to wulkan energii. Sam fakt, że zespół składa się tylko z sekcji rytmicznej (bębny, bas) i sekcji dętej (saksofon, trąbka), daje do myślenia. Kto o zdrowych zmysłach decyduje się na takie posunięcie? A gdzie harmonia? Jeśli dodamy do tego jeszcze niewiarygodną charyzmę sceniczną głównodowodzącego składu Wojtka Mazolewskiego, doskonałą technikę i kondycję bębniarza Rafała Klimczuka, nienaganne jazzowe frazy saksofonisty Tomka Dudy i wreszcie przesterowane pasaże i elektroniczne inklinacje trębacza Adama Barona, to dostajemy awangardową mieszankę z piekła rodem.

Kiedyś, w czasach świetności fusion, powstała taka supergrupa Trio Of Doom (Jaco Pastorius, John McLauglin, Tony Williams). Idąc tą nomenklaturą Pink Freud można by spokojnie nazwać co najmniej Quartet of Torment. Siła. Występ tego składu spuentować można jednym stwierdzeniem: czysta energia. Czym się to przejawiało? A chociażby żywiołowym wykonaniem "Holidays in Cambodia", punkowego, antywojennego hiciora Dead Kennedys (pamiętajmy, że to skład jazzowy!) z szaleńczą solówką na saksofonie. Albo hasłem "zróbcie hałas dla mistrzów jazzu", po którym zespół zagrał faktycznie jazzowy szlagier z nienagannym walkingiem w tempie co najmniej 200 BPM, który bez zgrzytów przeszedł w metalową naparzankę z szesnastkowymi kopami podkreślanymi stopą... Gwałt przez uszy przy pełnej akceptacji, a wręcz i satysfakcji publiczności. Całości muzycznego obrazu dopełniał także wizerunek muzyków, gdzie każdy był z innego świata, żeby wspomnieć chociażby garniturowe buty saksofonisty, wojskowy beret bębniarza, czy spodnie na szelkach basisty. Pink Freud to już światowa klasa, panowie doskonale radzą sobie z publicznością, prezentując awangardowy punk jazz XXI wieku przy pełnej kontroli i wirtuozerii prezentowanego materiału. Małą zajawką dalszych wydarzeń wieczora był wspólnie z muzykami Lao Che wykonany szlagier The Ramones. Nic dziwnego, że w przerwie między koncertami mało kto się z sali ruszył...

Lao Che, mimo swojej zamierzonej awangardowości, szczególnie od strony tekstów Spiętego, nieco bardziej wpisują się w muzyczny mainstream kontestacyjny. W ich muzyce jest więcej rozpoznawalnych dla szerszego grona słuchaczy elementów - konkretny, jednostajny groove, trochę reggae, trochę rocka, refreny umożliwiające wspólne śpiewanie, bujające rytmy i tempa, większa przewidywalność. Co, w aspekcie emocjonalnie zaangażowanego podejścia fanów do koncertu, stanowi ogromny atut zespołu. Pierwszy rząd przy barierkach znał wszystkie teksty... Płocki skład skupił się głównie na prezentacji swoim trzech ostatnich studyjnych płyt - "Gospel", "Prąd stały/Prąd Zmienny" i "Soundtrack". Nie zabrakło "Dymu", "Zombi!", "Govindam", "Jestem Psem", "Bóg Zapłać", "Życie jest jak Tramwaj" czy "Prąd Stały/Prąd Zmienny" z gościnnym udziałem sekcji dętej Pink Freud. Stworzono klimat mocno juvenaliowy, co w warunkach klubowych jest wyczynem nie lada. Tutaj słowa uznania, prócz oczywiście samego zespołu, należą się także bardzo żywiołowo reagującej publiczności. Znów chwila przerwy (a trzeba przyznać, że technika sceny działała bardzo sprawnie) i zaczęło się prawdziwe pandemonium...

Jazzombie to połączone siły dwóch wcześniej występujących składów. Bez żadnych wyjątków. Mieliśmy więc do czynienia z dwoma zestawami perkusyjnymi, dwiema basówkami, kilku wokalistami, gitarzystami, klawiszowcami... Koncepcyjnie było to połączenie jammowego, pełnego luzu podejścia i bujających, hiphopowych groove'ów z ogromną dozą nieskrępowanej improwizacji zarówno muzycznej, jak i słownej. Nad warstwą instrumentalną górowały liryki głównie mówione, na modłę polskiego, przeironizowanego gangsta rapu, wykorzystujące teksty Koli (pierwotnego składu członków Lao Che). A brzmiało to jak skrzyżowanie zespołu Milesa Davisa z okresu fusionowego pionieryzmu z agresywniejszym wydaniem Beastie Boys. Wpadlibyście na to? Dziesięć osób na scenie tworzących aurę przepełnionego energią spektaklu utrzymującego się w doskonałej harmonii osobowości i zarazem chaosie scenicznym. Było dubowo, riffowo, drum'n'bassowo, czasami doomowo, triphopowo, rockabilly, a nawet w klimacie poezji śpiewanej w stylu nihilistycznego Świetlickiego (kompozycja "Pod Zdechłym Psem", utrzymana w jednostajnie nieparzystym metrum 7/4).

Spięty miotał się po scenie - to wachlował siebie i innych ręcznikiem, to siadał za bębnami, to przekazywał odpalonego papierosa jakiemuś innemu członkowi zespołu. Podobnie Mazolewski, prowadzący całość składu z nieprzerwaną determinacją dosadnymi groovami, co nie przeszkadzało mu w tarzaniu się po scenie, śpiewaniu niektórych fraz (krzyczeniu właściwie...) czy odgrywaniu zawadiackich solówek w tylu Hendrixa... Ciężko to właściwie nazwać koncertem jako takim, to był bardziej happening artystyczny, deklaracja niezależności i nieustannie przez właściwie godzinę płynący strumień nieskrępowanej energii. Jazzombie nie brało tego wieczora, ostatniego na trasie, jeńców. Na bis usłyszeliśmy demonicznie monumentalne wykonanie "Pocztówki z Państwa Środka" Koli, z refrenem o plakacie Bruce'a Lee i wersami opisującymi przebieg fabuły Wejścia Smoka w rodzaju "tak Bola nie trawię tego kola odstawia babola bo na klacie ma cyce jak donice o B miseczce lub nawet C może łeee kurde". Obrazu dopełniały ukazujące się na ekranie wizualizacje, psychodelicznie łączące sceny z Brucem Lee z przebitkami z ostatnich przemówień prezydenta Putina. Ciężko to jednoznacznie podsumować, niemniej mam duże przeświadczenie, że z tego koncertu mało kto wyszedł tym samym człowiekiem.

Wrocław. Zimno. Deszcz. Pada. Wieje. Godzina koło północy, bo jeszcze udało mi się złapać chłopaków na wywiad, co trochę zajęło. Jadę do Warszawy, przede mną 350 km nocnej drogi... Ale jakoś po tak spędzonym wieczorze to wszystko nie miało większego znaczenia. Bo w pamięci cały czas miałem jeden z najlepszych koncertów (spektakli muzycznych !), na jakich ostatnio byłem. Jestem wdzięczny Pink Freud, Lao Che, Jazzombie, klubowi Eter i wreszcie zgromadzonej publiczności, że dzięki połączonym siłom wymienionych wyżej podmiotów takie misterium mogło się odbyć. Tego typu wydarzenia wzmacniają we mnie mocno już nadwątloną wiarę, że Polska dysponuje nadal ogromnej wartości potencjałem muzycznym. Chyba sobie kupię plakat z Brucem Lee...

mateusz.biegaj

dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Ostanio dodane relacje

Anderson, Rabin and Wakeman - Dolina Charlotty - 13.07.2017	 (relacja)Anderson, Rabin and Wakeman - Dolina Charlotty - 13.07.2017

Trzeba przyznać, że dobór headlinerów pierwszej części 11. Festiwalu Legend Rocka w Dolinie Charlotty był intrygujący. Gwiazdami obu wieczorów były występy formacje składające się z byłych członków kultowych, wciąż... czytaj całą relację...

15. Gitarowy Rekord Guinnessa - Wrocław - 1.05.2017 (relacja)15. Gitarowy Rekord Guinnessa - Wrocław - 1.05.2017

Chociaż w tym roku nie udało się pobić rekordu Guinnessa, to wynik 6299 gitar uniesionych w geście pozdrowienia dla Mistrza tego instrumentu i największego innowatora sześciu strun, jest i tak wynikiem imponującym,... czytaj całą relację...

Krzysztof Zalewski - Warszawa - 23.02.2017 (relacja)Krzysztof Zalewski - Warszawa - 23.02.2017

W czwartkowy wieczór 23 lutego w Stodole obejrzałem, być może nową gwiazdę, polskiej muzyki. Zapraszam na relację z koncertu Krzysztofa Zalewskiego. czytaj całą relację...

Koncerty

Top 5 - relacje

Najczęściej komentowane | czytane

AC/DC - Warszawa - 27.05.2010 (relacja)AC/DC - Warszawa - 27.05.2010

Od ostatniego koncertu australijskiej formacji AC/DC w Polsce minęło 19 lat. I choć od tamtego czasu członkom zespołu przybyło siwych włosów na głowie, występem 27 maja na warszawskim Bemowie potwierdzili, że wciąż... czytaj całą relację...

Europe - Warszawa - 19.06.2010 (relacja)Europe - Warszawa - 19.06.2010

W sobotę 19 czerwca w Warszawie, jako gwiazda imprezy Wianki nad Wisłą, wystąpił zespół Europe. Wreszcie w Polsce, należałoby dodać. Przypomnę, pierwszy koncert w naszym kraju Szwedzi zagrali ponad 18 lat temu... czytaj całą relację...

Europe - Presov - 2.02.2010  (relacja)Europe - Presov - 2.02.2010

O tym, że "Last Look At Eden" to już trzecia płyta Europe wydana po reaktywacji zespołu w 2003r. (a w całym ich dorobku ósma) nie muszę chyba wspominać. Zainteresowani doskonale to wiedzą, tych mniej wtajemniczonych... czytaj całą relację...

Roger Waters - Roger Waters - "The Wall" - Łódź - 19.04.2011

Koncept płyty "The Wall" w 1979 roku wyprzedził o jakieś ćwierć wieku technikę, która pozwalałaby go przedstawić w trasie koncertowej. Po premierze albumu, co prawda, wystawiono go w formie przygotowanego z dużym... czytaj całą relację...

Helloween/Stratovarius - Warszawa - 17.12.2010 (relacja)Helloween/Stratovarius - Warszawa - 17.12.2010

17 grudnia 2010 w Warszawie mieliśmy okazję zobaczyć żywą legendę heavy metalu - zespół Helloween. Koncert promował ostatni ich album "7 Sinners". Trasa "7 Sinners World Tour 2010/11" objęła ponad 50 koncertów... czytaj całą relację...

Nowe recenzje

Copyright © Rock Magazyn 2001-2019. Wszelkie prawa zastrzeżone.