Hackett, Steve - Kraków, Hala Wisły - 14.11.2003
Steve Hackett pojawił się w naszym kraju po raz pierwszy. Co prawda zagrał już wiosną akustyczny koncert w studio radiowej Trójki, ale nawet Piot Kaczkowski w swoim Minimaxie namawiał, by uznać koncert w Hali Wisły za pierwszy koncert Steve'a Hacketta w Polsce. Tak więc pierwszy występ dawnego gitarzysty Genesis w naszym kraju mamy za sobą. Na usta (klawiaturę) nasuwa się od razu kilka spostrzeżeń.
Po pierwsze, było trochę zbyt głośno, jak na Halę Wisły i jej cudowną akustykę. W głośniejszych partiach - których było niemało - dźwięk zlewał się w płynną plazmę, w której nie sposób było odróżnić jeden instrument od drugiego.
Po drugie, Steve chyba ostatnio za dużo słuchał King Crimson. Pierwszy utwór wyraźnie nawiązujący do 21st Century Schizoid Man, drugi jako parafraza I Talk to the Wind... Aż byłem ciekaw, czy trzeci z utworów będzie nawiązywał do Epitaph. Na szczęscie nie. Zamiast tego otrzymaliśmy średniej jakości skrót z Watcher of the Skies oraz śliczną wersję Hairless Heart.
Po trzecie, pojawia się właśnie kwestia utworów Genesis. Przewijały się przez cały koncert i wywoływały (co chyba nie powinno dziwić) najżywsze reakcje publiczności. Obok wyżej wymienionych było oczywiście solo z Firth of Fifth, było Los Endos z cytatem z Dancing With The Moonlight Knight, było In That Quiet Earth na bis... Nie zabrakło oczywiście Horizons, choć był to jedyny (bardzo krótki) akustyczny set.
Podstawę koncertu stanowiła oczywiście twórczość z solowych płyt Steve'a ze szczególnym uwzględnieniem ostatniej, choć nie zabrakło i tytułowych utworów z Darktown, Please, Don't Touch, jak i bardzo przeze mnie cenionego Spectral Mornings. Zaś na pierwszy bis zabrzmiała przejmująca wersja In Memoriam, który to utwór nie był prezentowany podczas całej trasy i został zagrany tylko w Polsce (nie było go nawet na setliście, jaka leżała przed muzykami podczas koncertu). Całość zamknęło Clocks...
Hackett był zauroczony i chyba nieco zdziwiony żywiołowością polskich fanów. Po koncercie cierpliwie podpisał wszystkie płyty (niektórzy mieli komplety 30 okładek!), a nawet pozował do zdjęć. Jeden z najlepszych gitarzystów tego świata okazał się bardzo sympatycznym i ciepłym człowiekiem. I choć nie zagrał koncertu, który należałby do wybitnych, to miło było powrócić do tej Muzyki, którą znamy na pamięć z płyt w bezpośredni, żywy sposób.
Michał "Art" Wilczyński











Aktualności


Komentarze