Heineken Open'Er 2006 - Gdy patrzę w twe oczy zmęczone jak moje...
...to myślę, że warto byłoby pomyśleć o kolejnych muzycznych wakacjach i odpoczynkiem pod gołym niebem. W końcu lato to pora festiwali, a liczba imprez w naszym kraju rośnie. Jest z czego wybierać. A i do Roskilde niedaleko. Dal każdego coś miłego i każdemu wedle jego potrzeb. Ja będę tam, gdzie mydło i powidło - i absolutnie nie jest to w moim przekonaniu pejoratywne określenie.
Kierunek: Gdynia. Cel: Heineken Open' er.
Kto był raz, zechce jeszcze.
A tak było w ubiegłym roku:
Rok 2006 przyniosł kolejną, piątą już edycja gdyńskiego festiwalu, ale była to pierwsza zorganizowana na terenie lotniska Babie Doły. Rozległy teren goscił tym razem według różnych szacunków 30 - 40 tysięcy spragnionych dobrej zabawy młodszych ( i nieco starszych ) uczestników. Bo i organizacja dobra, a wykonawcy ze światowej czołówki.
Główny organizator imprezy, Mikołaj Ziółkowski, nie ukrywa, że festiwal tworzy niejako pod siebie; zaprasza tych, których sam chciałby zobaczyć. A więc open'erowe gatunki muzyczne rozciągały się tradycyjnie od rocka, przez brzmienia klubowe, aż po szeroko rozumiany hip hop. Dla tych wszystkich dźwięków przygotowano wielką scenę i nieco mniejszy namiot, gdzie niekiedy działy się rzeczy ciekawsze niż pod gołym niebem.
Różna muzyka, a więc różni ludzie. Od rockowców w glanach, przez chłopców w czapeczkach z daszkiem na bok, aż do dziewcząt, które przed lustrami w kabinach prysznicowych wyciągały prostownice do włosów.
Różnorodnie, kolorowo, głośno (po krótkiej burzy dnia drugiego puściło wyciszenie sceny i dźwięk śmiało niósł się na oddalone na kilkaset metrów pole namiotowe) ? czyli jednym słowem było wydarzenie, panie i panowie. Jak co roku. Tylko jego skala wciąż rośnie. Szkoda tylko, że nie sposob zoczaczyć wszystkich wykonawców.
Ale po kolei.
Dzien pierwszy, 6. lipca. Inauguracja w wykonaniu Fisza, Emade i przyjaciół. Koncert, o którym miłośnik mocniejszych dźwięków może mówić tylko z perspektywy pojawienia sie na scenie lidera Voo Voo, Wojtka Waglewskiego. Ale cała rodzina z przyległościami rozbujała publiczność. Czyli dobry początek.
Dwie godziny później, francuski Hiszpan, Manu Chao, wygenerował dźwięki, przy których szaleli chyba wszyscy. Brzmienie było znacznie mocniejsze niż na płytach artysty, brudne, niemal hardrockowe, punkowe. Jedyne, co raziło w tym występie to energia.
Już czujemy sie oszołomieni, a to wciąż dopiero początek.
O 23 - Pharell Williams. Człowiek, którego muzykę i wypowiedzi ze sceny skwituję wymownym milczeniem. Dobrze zrobili ci, którzy wybrali się do namiotu, by poskakać przy znakomicie przyjętych Cool Kids Of Death i ich przesłaniu; manifeście "pokolenia 1200 złotych brutto".
Gwiazda wieczoru, Placebo, została przywitana lekkim buczeniem i gwizdami za ? uwaga! - trzyminutowe spóźnienie. Zagrali krótko (za krótko) i bez kontaktu z publicznością, ale za to energicznie i z zaskakującymi bisami.. Wiadomo, wielka gwiazda lśniąca na rockowej mapie nieba podróżuje galaktyczną Drogą Mleczną z festiwalu na festiwal. A więc było szybko, sprawnie i pędem do kolejnych fanów. A Brian Molko zyskał nieoficjalne miano wice eleganta festiwalu, zaraz po Kaynie Wescie.
Podczas gdy namiot tętnił stylową elektroniką podczas dnia drugiego, wykonawcy z dużej sceny nie przynieśli rozczarowania wszystkim fanom mocniejszego grania. W pełnym słońcu zaczął się koncert Myslovitz. Utwierdziałam się dzięki niemu tylko w przekonaniu, że wolę ich koncerty niż płyty, choć tym nie mam również nic do zarzucenia. Przekaz na żywo jest bogatszy w siłę, brzmienie jest perfekcyjne, podobnie jak zgranie chłopaków. Klasa sama w sobie; Myslovitz to niedoścignieni mistrzowie rockowego łojenia w kraju. Nie zapominajmy o Arturze Rojku - przekaźniku pozytywnej, rockowej energii.
Lekki poślizg i już jest Skin. Liderka nie istniejącego już niestety Skunk Anansie grała tylko 50 minut. Ale jak grała! Ile się w tym czasie zdażyło zdarzyć? Artystka nawiazała świetny kontakt z publicznością, kokietując nas niejednoznacznymi spojrzeniami; zaprezentowała materiał z ostatniej solowej płyty i wspomniała stare, dobre czasy utworami macierzystej formacji. Były więc "Charlie Big Potato" i cudowny, półakustyczny "Hedonism". Dla mnie najpiękniej zabrzmiał potężny "Faithfullness". Pani Skin dyspoując tak fantastycznym, niesamowicie mocnym i oryginalnym głosem, sprawiła, że przy takich perełkach łzy stawały mi w oczach. Dzika, spontaniczna, kobieca. Za rok chciałabym zobaczyć na Open'Erze więcej śpiewających pań.
Wybija 21 i na scenę wchodzą eleganccy panowie z Franz Ferdinand i dają elegancki koncert. Jest wszystko, czego potrzebuje rockowe show: hity, energia, wspólne śpiewanie, podscenowe szaleństwo. Ci, którzy widzieli ich po raz pierwszy (a był to pierwszy występ Szkotów w naszym kraju), na pewno się nie zawiedli.
Mało wspólnego z rockiem miał może występ Sigur Ros, ale muzycy za to zaprowadzili festiwalowiczów w bajkowe światy. Było sennie, mrocznie, majestatycznie, dumnie. Muzyka odpowiednia na samotne noce, sprawdziła się też wśród zahipnotyzowanego tłumu.
Dnia trzeciego, zajrzeliśmy tłumie do namiotu, szerszym nieco łukiem omijając scenę, gdzie tym razem krolowal hip - hop i brzmienia klubowe. A w namiocie zagrali Psychocukier, Freak Of Nature, Usta Bilizowane - czyli reprezentacja młodej polskiej sceny. Gdy na dużej scenie rozgrzewał się Mike Skinner, czyli The Streets, gwiazda w swojej kategorii, na pustki pod sceną namiotową nie mógł narzekać zespół Pustki - zespół, który z każdą kolejną płytą i każdym kolejnym powalającym koncertem rośnie w siłę.
Trzy magiczne dni, w pełnym słońcu, a po zmroku w gorącej atmosferze. Trzy dni wydarzenia, o którym mówi się czasami jako o zaprzeczeniu idei festiwalu zbudowanej na doświadczeniach amerykańskiego Woodstock; idei braterstwa, przyjaźni, miłości (choć Ana Matronic, wokalistka Scissor Sisters nawoływała ze sceny do porzucenia konwenansów i oddania się cielesnym przyjemnościom). Trzy dni wydarzenia, na którym podobno należy bywać, by być jazzy. Jeśli ktoś przyjechał na Open´ Er TYLKO dobrze się bawić, też się nie rozczarował. Festiwal, obecnie już w czołówce europejskiej, potwierdza, że polska publiczność jest jedną z najlepszych i nie przyjeżdża się już do Polski, by zagrać przeboje, których jakoby miała oczekiwać widownia, ale pelnowymiarowe koncerty.
Ewa Chowańska











Aktualności


Komentarze