Marillion - Kraków - 18.5.2004
Co to się działo, czyli Marillion w Hali Wisły
Koncert rozpoczął się o godzinie 19:00, kiedy to na scenę wyszedł zespół Gaspacho, dając rozgrzewając publiczność w krótkim, bo 45 minutowym występie. Gaspacho wzbudzili u mnie dość mieszane uczucia. Muzycznie bardzo przypominali Dream Theater, ale chociaż skład liczył więcej muzyków grających na przeróżnych instrumentach, to nie dali szczególnie oszałamiającego występu. Mimo wydania dwóch płyt i zdobycia w ten sposób pewnego doświadczenia zawodowego, muzycy Gaspacho zdają się nie przestrzegać reguły, że siłą zespołu są jego indywidualności. Właśnie dlatego chyba tak mało było słychać solówki skrzypcowe i fletowe, o gitarowych nie wspomnę. Gaspacho mają w sobie spory potencjał, tyle że brak im nieco indywidualistów, muzyków, którzy chcieliby pokazać co potrafią, co z kolei napędzałoby zespół i uczyniłoby go bardziej kreatywnym. Jeżeli Gaspacho znajdzie w sobie te indywidualności, albo trafi na dobrego producenta, który ja na nich wymusi, to się muzycznie bardzo ubogaci. A wtedy, niewykluczone, że usłyszymy o Gaspacho jako o następcy Dream Theater.
Bezpośrednio po Gaspacho, o 20:15, na scenie pojawił się Marillion. Wejściu każdego każdego muzyków towarzyszyły ogromne brawa i wrzaski, ale kiedy popłynęły dźwięki The Invisible Man, na scenie nie było jeszcze wokalisty. Mr. H. pojawił się dopiero po chwili, ubrany w niemodny garnitur, w białej koszuli zapiętej pod szyją i w okularach. Jego majestatyczne i powolne wejście wzbudziło wielki entuzjazm i największe brawa.
A potem zaczęło być magicznie. Po Niewidzialnym człowieku nasapiły kolejno Marbles I, You?re gone, Marbles II, Angelina i pozostałe piosenki z najnowszej płyty Marillion. Zagrali zatem całe "Marble", z zastrzeżeniem, że w miejsce Dribling Holes pojawił się The Damage. Z tej części koncertu warto zwrócić uwagę na przepiękne Neverland, które w Hali Wisły zabrzmiało jeszcze pełniej i z jeszcze większą energią.
W drugiej części koncertu pojawiły się starsze kawałki Marillion, nie wyłączając Between you and me, This is the 21st Century, czy Estonii. A i tak to jest tylko fragment obfitego, bo w sumie aż 2,5 godzinnego, wielkiego show. Show, którego dodatkowym składnikiem był teatr jednego aktora, w wykonaniu Steve'a Hogharta. Poza tym, że śpiewał i grał na "fortepianie", imitowanym przez syntezator, Hoghart prezentował pantomimę, tańczył, jednym słowem, był świetnym frontmanem zespołu.
I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie przekraczał granicy śmieszności. To znaczy gdyby nie zachowywał się jak schizofrenik, czy paranoik. Śpiewał, na szczęście, znakomicie i bez wydurniania się.
Duże słowa pochwały należą się również Steve'owi Rothery'emu, który poprzez swoją grę na gitarze skupiał na sobie uwagę wszystkich. Kiedy grał solówkę, zawsze z zamkniętymi oczami, to zdawało się że muzyka płynie prosto z jego serca. Jego gra wywoływała najgłębsze emocje, powodując lawiny braw ilekroć jakieś solo się skończyło. Warto wspomnieć, że robił to bez zbędnego i kiczowatego efekciarstwa. Brawo.
Publika też dopisała. Hala była prawie pełna, mimo to, nie było bardzo dużego tłoku i z powodzeniem dało się wystać pod barierkami. Porwani muzyką Marillion, śpiewaliśmy, krzyczeliśmy, klaskaliśmy. Słowem, pełne porozumienie na linii artysta - publiczność. A przekomarzanie się Mr. H. z publicznością wypadło równie świetnie. Byliśmy wciągnięci do zabawy w zasadzie od samego początku koncertu i niezależnie od tego, która godzina koncertu aktualnie trwała, zawsze mieliśmy siły skakać, drzeć się i, co po niektórzy, bić pokłony przed Rothery'm. Zasłużenie z resztą, bo bez niego muzyka Marillion nie byłaby muzyką Marillion. Rothery, jest tym pierwiastkiem zespołu, który nadaje mu smaczek niepowtarzalności i indywidualizmu. Gdyby nie on, nie byłoby takiego Marillionu, jaki znamy. Na szczęście na koncertach drugim filarem oparcia jest Hoghart i bardzo otwarty na ludzi Peter Trewavas (basista).
Ale wrażenia generalne i tak są jak najbardziej pozytywne. Jak napisałem w recenzji koncertu akustycznego, muzyka Marillion bez takiej ilości efektów, bez Stratocasterów Fendera i Stratów Squaiera, nie brzmi szczególnie dobrze. Bądźmy szczerzy - brzmi ubogo. Tam, w Hali Wisły, zabrzmiała z pełną mocą i polotem. I jakkolwiek nie jest to muzyka, umówmy się, szczególnie trudna, czy połamana technicznie, to jednak ma coś w sobie. I trafia bezpośrednio do serca, co było czuć na tym znakomitym koncercie. Być może jest to kwestia charyzmy i poczucia humoru Hogharta, może największy wpływ na to ma znakomita gra Rothery'ego, a może wyluzowanie i otwartość Trewavasa. A może jest to wypadkowa wszystkich trzech. Wypadkowa o nazwie Marillion.
Michał Błaszczyk











Aktualności


Komentarze