Marillion - Kraków - Rynek Główny 17.05.2004 - Hala Wisły 18.05.2004
Relacja z 2 koncertów Marillion, które odbyły się w Krakowie.
20.15
Jest piętnaście po ósmej. Jakieś trzydzieści minut wcześniej ze sceny zszedł norweski zespół Gazpacho. Sześcioosobowy skład, w tym skrzypek i flecista, żywiołowe utwory z dwóch i jak dotąd jedynych płyt zespołu, muzyka świeża, przebojowa i mocna - w kilku momentach brzmieli jak Dream Theater vs. Jethro Tull! Panowie zagrali około czterdziestu pięciu minut, dostali całkowicie zasłużone długie owacje, spakowali swój sprzęt i ulotnili się ze sceny. Teraz pozostaje tylko czekać...
A jak wygląda układ gwiazdy wieczoru? Perkusja Mosley'a po stronie lewej, wgłębi po prawej klawisze Kelly'ego, przed nimi techniczni szykują już gitary dla Steve'a Rothery'ego, po drugiej stronie zaś bas dla Pete'a Trewavasa. Dwóch członków ekipy przenosi znajomy fortepian Yamahy w okolice środka sceny... (skąd znajomy, o tym za chwilę). Przez przeszklony dach Hali Wisły przedzierają się ostatnie promienie zachodzącego słońca ustępującego ciężkim chmurom...
Dzień pierwszy
Dla każdego fana-Krakowianina (i nie tylko) święto zaczęło się dzień wcześniej o godzinie szesnastej na Rynku Głównym. Wtedy to, zaraz po hejnale, na prowizorycznej scenie stojącej przy wejściu do pewnego bardzo znanego sklepu promującego swoją działalność hasłem "pełna kultura" (no proszę, nawet ładnie wybrnąłem) pojawili się Pete Trewavas, Steve Rothery i Steve Hogarth. Trzy piąte Marillion. Instrumentarium - klawisze, akustyczne 6 i 12-strunowe basy i dwie gitary akustyczne. Panowie gitarzyści potrzebują jeszcze chwili na dostrojenie sprzętu, zaczyna więc sam Hogarth. Siada przy klawiszach Yamahy (nazwa została fachowo zaklejona taśmą izolacyjną - pozostała tylko wymowna literka "h") i intonuje pierwszą część utworu tytułowego z najnowszej płyty. Potem - Don't Hurt Yourself. Nie dziwota, w końcu to promocja Marbles. Chwila przerwy i przepiękna akustyczna wersja This is the 21st Century. Opad szczęki murowany. Nawet ci, którzy nie bardzo wiedzieli, co odbywa się właśnie na Rynku kiwają z aprobatą głowami. A potem panowie idą za ciosem. You're Gone kapitalnie brzmiący w wersji na dwie gitary, 80 Days, The Answering Machine. Koncert przewidziany był na dwadzieścia minut. Gdzie tam! Z widowni dobiegają kolejne życzenia, a to Easter, a to Made Again... Steve i Pete przygotowują gitary, a tu H niespodziewanie zaczyna grać Cover My Eyes tylko z towarzyszeniem fortepianu. Przepiękny moment. Chyba nawet piękniejszy od odegranego za parę chwil "obowiązkowego" Easter...
Po samym koncercie miało miejsce spotkanie, na którym to muzycy podpisywali płyty, pozowali do zdjęć, pocieszali ludzi, uzdrawiali chorych i cierpiących. Po prawie godzinie stania w niemiłosiernym tłumie i kilku mniej lub bardziej udanych próbach przepchnięcia się przez ścianę ludu udało mi się wreszcie dostać do komnaty, gdzie zespół rezydował. Mój plan zakładał, że wejdę tam z dziewczyną i damy panom w prezencie kulki, dokładnie takie, jak na okładce Marbles, ale tak się nieszczęśliwie złożyło, że napierający tłum nas rozdzielił i jedyne, co mi przyszło to podsunąć panom płytki do podpisu, pogadać chwilkę z H'em i wyjawić część naszego zamierzenia. Mimo niesprzyjających wiatrów udało się w końcu wręczyć kulki i wszyscy żyli długo i szczęśliwie w oczekiwaniu na następny wieczór...
(Nie)widzialny człowiek
...Wieczorna szarówka skutecznie psuje cały klimat. Nie będzie tej dusznej i mrocznej atmosfery otwierającego "Kulki" The Invisible Man. Wielka szkoda. Jak to określił jeden ze stojących obok mnie fanów - "Przy tym świetle będą musieli zagrać Visible Man!". Publiczność po lewej stronie ożywia się i dokładnie o godzinie 20.17 na scenie pojawia się Mark Kelly. Chowa się z tyłu za potężnym zestawem Korga. Przed stanowiskiem klawiszowca lokuje już Steve Rothery. To jest coś! Zobaczyć w akcji jednego z najlepszych gitarzystów świata i to jeszcze trzy metry od siebie. Następni pojawiają się Ian Mosley i Pete Trewavas. Publiczność podrywa się wraz z pierwszymi taktami Niewidzialnego człowieka. I wtedy pojawia się ON. Przyciasny granatowy garnitur, niedbale zawiązany krawat, czarne prążkowane spodnie i bezoprawkowe oktagonalne okulary. Burza braw wita wchodzącego Steve'a Hogartha. The ceremony is about to begin...
Charyzma i talent aktorski H'a są bezsprzeczne. On nie tylko śpiewa o znikającym człowieku. On się nim staje... Każdy ruch ciała, każdy gest... Tonie w mocnym niebieskim świetle... Każdy rytm natychmiast podchwytywany jest przez zgromadzonych. Wystarczą dwa klaśnięcia lidera Marillion. I oczywiście słynny już wers Sheltering in doorways of Venice, Vienna, Budapest, Krakow and Amsterdam z obowiązkowo odkrzyczanym "Krakowem"... Solówka Kelly'ego wgniata w ziemię. Hogarth już stał się niewidzialny. Stoi wyprostowany jak struna, wpatrzony gdzieś w dal. Steve Rothery po raz pierwszy (i oczywiście nie ostatni) tworzy rozległe dźwiękowe pasaże. Pierwsze 14 minut za nami, Hogarth zdejmuje wreszcie groteskową marynarkę, pochyla się nad swoją klawiaturą, tym samym zestawem z charakterystycznym "h" i intonuje pierwszą część Marbles. Kilka osób podnosi szklane kulki. Nostalgiczno-ezoteryczny klimat nie trwa jednak długo, bo oto nowoczesny perkusyjny loop wystrzeliwuje marble gdzieś daleko w niebo. Albumowa wersja You're Gone odśpiewana przez ponad tysiąc gardeł (to ci najwierniejsi fani, którzy zapoznali się nowymi tekstami). Dalej przepiękna i rewelacyjnie przyjęta przez publiczność (zupełnie jakby sięgali po całkowity klasyk...) Angelina - dzwoni jeszcze w uszach ...lonely man best friend... H znów siada za fortepianem. Marbles II poszerzone o przepiękne solo Rothersa. Ale już po chwili obydwaj panowie sięgają po gitary akustyczne. Don't Hurt Yourself. Gremialnie odśpiewany i obowiązkowo odskakany. Rothery już nawet za dotknięcie strun otrzymuje od publiki gromkie brawa. W trakcie Fantastic Place w górę wędruje moja zapalniczka. Zaraz potem następna i następna... Splecione ręce zakochanych par i setki gardeł wtórujące Hogarthowi: -Take me to the fantastic place, keep the rest of my life away... Steve okrasza utwór n-tą już solówką na tym koncercie.
Kolejne Marble. Chyba najpiękniejsza miniaturka ze wszystkich czterech. To ta o wystrzeliwywaniu kulek rakietą tenisową... A potem... Niespodzianka. The Damage znany tylko i wyłącznie z dwupłytowej edycji najnowszej płyty. Co z tego? I tak wszyscy znają każdy wers. Migocą żółte światła, na scenie bezsprzecznie króluje H. Tańczy, biega od jednego krańca sceny do drugiego, gra na różnych tamburynach i grzechotkach. Prawdziwy frontman.
Wybrzmiewa już ostatnia część Marbles. Płynne przejście i słychać już tylko dudniący fortepian Marka Kelly'ego. Teraz zaczyna się prawdziwe misterium. RE-WE-LA-CYJ-NA wersja Neverland z miażdżącymi solówkami Rothery'ego. Cała Hala Wisły odlatuje. Niebieskie światła, Hogarth już unosi się jakieś trzydzieści centymetrów nad ziemią, podobnie jak my wszyscy... But when you're gone I never land In Neverland... Najpiękniejszy moment całego koncertu... Już wszyscy latają...
Pięć minut przerwy. Dokładnie tak jak dwa dni wcześniej w Bydgoszczy. Zapalają się boczne światła. Szybka wymiana zdań ze zgromadzonymi wokół znajomymi. Natychmiast pada stwierdzenie "no to teraz dwudziesty pierwszy wiek"... Niecałe trzy minuty później hipnotyczny perkusyjny loop rozchodzi się po całej sali. Po genialnym Neverland magia nie opuszcza Hali Wisły. This is the 21st Century. Z nieco skróconą częścią instrumentalną, ale nadal przepiękny i poruszający. W pewnym momencie na scenie ląduje bukiecik czerwonych kwiatów. H podnosi go, wącha i wkłada do kieszeni koszuli. Jakakolwiek próba złapania oddechu kończy się niepowodzeniem. Po prostu ma na to czasu, bo oto natychmiast z głośników dobiega ostry basowy wstęp do Quartz. Hogarth przechodzi samego siebie. Na początku kroczy po scenie z rozłożonymi rękoma niczym bocian, potem wyciąga spod statywu chyba wszystkie możliwe grzechotki i rozpoczyna szalony taniec... One of those days you're just gonna stop... Gdzie tam! Chwila przerwy i wszyscy fani zakochani po uszy w płycie Brave przeżywają prawdziwą ekstazę. Bridge i Living With The Big Lie. Po usłyszeniu tychże, długo będę musiał się przekonywać do wersji studyjnych. Żadna płyta nie odzwierciedli tej fali gorąca, tych ciarek na plecach i bólu zdartego do granic możliwości gardła...
The Party. Publiczność je Steve'owi z ręki. Jedno nieodpowiedzialne klaśnięcie wywołuje lawinę braw przetaczającą się przez całą Halę. Dopiero po dłuższej chwili zaczynają. H brzdąka przy fortepianie, Rothery gra jak czterdziestoosobowa orkiestra, zestaw Kelly'ego produkuje jakieś kosmiczne dźwięki. Wraz z gasnącym pomarańczowym światłem znikają powoli klawiszowe plamy, cichną niezliczone solówki. Jeszcze tylko obowiązkowe welcome to your first party... (Okazuje się być stwierdzeniem proroczym) i Mark Kelly odpala z samplera połamaną elektroniczną frazę oznaczającą tylko jedno - Between You And Me. To dopiero jazda! Wielki młyn na całej długości sali. Skokom i aplauzom nie ma końca. Chóralny ryk publiki niesie się po sali... It's just something between you and me...
Panowie opuszczają scenę. Spokojnie, wrócą. Ten koncert nie może się jeszcze skończyć - każdy jest chyba tego samego zdania... H zapewnia, że znikają tylko na trzy minuty.
Wracają. Z jakim impetem... Mroczne klawiszowe plamy. Żółto-niebieskie światło zalewa scenę. Jeden dźwięk, drugi... Morze rąk, fale ogników i podniesione kulki. Tak wygląda przepiękna, przestrzenna wersja Estonii. Kolejny utwór to The Uninvited Guest. H prezentuje swoje magiczne pudełko wypełnione elektroniką (wg biografii Marillion jest to przerobiony kij do krykieta!). Włącza jakiś efekt imitujący kukułkę, przekomarza się z publicznością i po chwili Hala Wisły otrzymuje utwór zagrany z werwą, jakiej nie powstydziłaby się hard-rockowa kapela. Po prostu nie pozwala ustać spokojnie w miejscu. I na koniec Cover My Eyes. Jest zabawa w "echo" z publicznością w refrenach, H biega po scenie z miniaturową kamerą filmując członków zespołu i publiczność (obrazek idzie bezpośrednio z kamery na rzutnik w Hali!), wspina się na zestawy głośników. Pete Trewavas gania od jednego krańca do drugiego, nawet Steve Rothery opuszcza nas (czyli prawą część) na chwilę i popisuje się umiejętnościami przed lewą stroną. A cała sala ryczy paaaain, heeeeaaaven.... Wielkimi krokami zbliża się koniec koncertu...
Wychodzą raz jeszcze, wywołani niezliczoną ilość razy. Hogarth słodzi publiczności, my odpowiadamy prawdziwą burzą braw. Magiczny koncert musi skończyć się jak najbardziej magicznie. The ghost of the myst was on the field... wiadomo - Easter. A potem pozostają już tylko potężne, długie brawa i muzyka dzwoniąca w uszach i rozchodząca się po całym ciele...
Koncert roku. Kulki spadły z nieba.
Setlista obydwu koncertów:
Rynek Główny:
Marbles I
Don't Hurt Yourself
This is the 21st Century
You're Gone
80 Days
The Answering Machine
Cover My Eyes (Pain and Heaven)
Easter
Hala Wisły:
The Invisible Man
Marbles I
You're Gone
Angelina
Marbles II
Don't Hurt Yourself
Fantastic Place
Marbles III
The Damage
Marbles IV
Neverland
-------------------------
This is the 21st Century
Quartz
Bridge
Living With the Big Lie
The Party
Between You And Me
-------------------------
Estonia
The Uninvited Guest
Cover My Eyes (Pain And Heaven)
-------------------------
Easter
Aleksander "Malkavian" Stępień











Aktualności


Komentarze