Marillion - Poznań - 21.5.2007
Gdy pomyślę jak bardzo chciałam wieszać psy na ostatnim albumie Marillion "Somewhere else", chce mi się śmiać. Nowa płyta pociągnęła za sobą nowa trasę, która i tym razem nie ominęła Polski ? zespół tym razem stawił się na trzech koncertach ? w Poznaniu, Warszawie i Krakowie. Które to z kolei koncerty tego zespołu w naszym kraju ? raju? Starczy palców do policzenia?
Tym razem ja też tam byłam, i ja też to widziałam, i dlatego też chce mi się śmiać, gdy pomyślę o konsekwencjach jakie zostawił we mnie koncert poznański i moich wcześniejszych odczuciach na temat płyty. Nie oceniaj, zanim nie usłyszysz na koncercie, brzmi naste przykazanie. Bo ja... pewnego lutowego poranka tuż przed świtem podjęłam decyzję - jadę. Po usłyszeniu płyty nieco mi się odechciało, ale wszystko jak w pięknej bajce skończyło się dobrze, a nawet jeszcze lepiej.
W końcu nadszedł ten dzień - 21. maja 2007 roku. Upalne popołudnie, wrząca z emocji i innych, bardziej prozaicznych powodów hala poznańskiego klubu "Eskulap". Takie partyzanckie warunki nie mogły przejść bez komentarza. Bo o ile fani są w stanie dla swojego ulubionego zespołu ścierpieć wiele, a nawet jeszcze więcej, nawet męki piekielne , o tyle sam zespół... "Jesus, it's fucking hot in here", powiedział wokalista Steve Hogarth i zaczął zrzucać z siebie płaszcz, marynarkę, kamizelkę... Bo ponoć nauczyli ich w Anglii, że polska jest bardzo zimnym krajem i że zaraz może spaść śnieg. No i on na naszym miejscu zaraz by stąd uciekł.
Zaczęło się bajecznie od "Splintering Heart". Czy można lepiej? Czy można zakończyć inaczej, niż przecudnym, wyczekanym "Easter"? Troche zadziwiające natomiast, że zespół w ramach "Somewhere Else Tour" w przypadku Poznania z nowej płyty zagrał tylko cztery (z jedenastu!) utwory - " Other half", "A Voice from the Past", "Thank You, Whoever Sou Are" i tytułowy "Somewhere Else". Może to taki ukłon w stronę publiczności? Może na te kawałki jeszcze przyjdzie czas, a na razie dajmy ludziom to, na co czekają?
Fakt faktem, grali dwie bite godziny. Grają zestaw fantastyczny, którego kosztem nowego krążka nie sposób żałować. Są "Afraid of Sunlight", "Fantastic Place", "Invisible Man", "You're Gone" i na bis "Estonia" oraz "Neverland", w trakcie którego na publiczność posypał się kolorowy deszcz konfetti. Natomiast podczas "Between You and Me" spadły na nas gigantyczne balony. Ich odbijanie sprawiło wszystkim niemałą frajdę. Steve Rothery radził sobie gryfem gitary, a zza perkusji Iana Mosley'a można było zauważyć pałeczkę, która usiłowała dosięgnąć balonu.
Może powinnam przestać w ogóle chodzić na koncerty albo zacząć kupować bilety na występy zespołów, które nie należą do moich ulubionych... Może wtedy mogłabym powiedzieć cos obiektywnego, ocenić je trzeźwym okiem. Może powinnam czekać aż trafi się jakiś zły koncert i tendencja choć na moment się odwróci. Ale z drugiej strony... To dobrze, że ludzie, którzy grają ze sobą tyle lat, wciąż nie są zmanierowani. Z Hoggy'm grają już nie przymierzając osiemnaście lat, osiągnęli więc status pełnoletniości. Jak mówiłam, na Marillion można liczyć. Dojrzali panowie generują z siebie potężny ładunek emocjonalny, wielką masę energii i pozytywnych uczuć.
Dal nie był to ich pierwszy koncert. I cieszę się, że nie ostatni. Może dlatego jestem tak odurzona, oczarowana, otumaniona, zszokowana. Ten dzień zostanie w mojej pamięci jako wspaniały, upalny poniedziałek, kiedy wszyscy razem i każdy z osobna zostaliśmy zabrani somewhere else. Z takim profesjonalizmem i radością grania widać, że oni pograją jeszcze długie lata. A ja tym samym ślubuje im miłość, wierność i uczciwość małżeńską.
P.S. Po koncercie, mój dobry znajomy, od lat fan Marillion, ale raczej z Fisiem, przysłał mi następującej treści wiadomość: "czy możliwe jest akwarium z H, ale bez Ryby?". Owszem. Koncert dawno był sold out, Fish by się tu nie zmieścił. I to nie żadna wrodzona złośliwość z mej strony, po prostu podwójna dawka Wielkich Wokalistów mogłaby być dla mnie zabójcza.
Ewa Chowańska











Aktualności


Komentarze