Placebo - Warszawa - 1.06.2007
W kraju nad Wisłą rośnie kolejna wielka armia. Armia fanów Placebo. Odwzajemniają nasza miłość przyjeżdżając już po raz czwarty. Dużo ? niedużo, ale ostatnia wizyta miała miejsce niecały rok temu, na Open'Erze? A jak wiadomo, koncerty zamknięte są inne niż te plenerowe. Warszawski Torwar tym razem wypełnił się po brzegi (cztery lata temu, kiedy dane było mi zobaczyć ich po raz pierwszy, na płycie były względne luzy). Co niektórzy na Łazienkowskiej siedzieli już od rana. Towarzystwo różne ? różniste. I z całego kraju. Od szczecina, przez Wrocław, aż po Kraków. Od pałających uwielbieniem małoletnich aż po sobowtóry Briana Molko.
Po nerwowych godzinach - każdy musi przecież odstać swoje - ociekania potem, lekkiego ścisku i przepychanek (na szczęście organizatorzy poprzez ręce ochrony poili widzów wodą), zaczęło się. Tym razem nagroda w roli Najniewdzięczniejszego Supportu powędrowała w ręce Hariasen. Planowany wcześniej brytyjski Evaline nie dojechał ze względu na kłopoty z wizami. A co można powiedzieć o Hariasen? Ze fajnie grają, ale nie przed Placebo. W ogóle grac przed Placebo to musi być najgorszy koszmar. Zastanawiam się który z wykonawców nie zostałby wygwizdany i wybuczany? A pan wokalista swoim makijażem i drażniącym uszy głosem nieźle wpisał się w przedplacebowy klimat. I pomyśleć, że ja tez kiedyś nie cierpiałam ani Placebo, ani Smashing Pumpkins ? właśnie ze względu na drażniące głosy. Może to wróży Hariasen niemałą karierę? Ja bym nie miała nic przeciwko. Długa droga przed nimi, jeśli nadal będą grać kilka kawałków przed Tymi Uwielbianymi i Wyczekiwanymi.
A więc znów pół godziny czekania i się zaczęło. Może byłby to koncert zupełnie zwykły i standardowy; najzwyklejszy pod słońcem, na którym fani przekrzykują wokalistę, świetnie się bawią i słuchają świetnej muzyki. Może byłby, gdyby nie wyjątkowa akcja fanów. Ten, komu się spodobał pomysł, mógł zrobić napis na fladze polskiej - do wyboru "Welcome Home" albo "Tank You for Coming Back Home". Flagi te miały być wyciągnięte na początku utworu "Soulmates". W planach była też wielka, ośmiometrowa flaga na barierce. Wszystko udało się znakomicie. Kilka flag wylądowało potem na scenie.
"Soulmates" był, zdaje się, czwartym z kolei utworem. Trzem poprzedzającym (m. in. "Infra - Red" i "Meds) też nic nie brakowało, ale po "czwórce" widać było wyraźne wzruszenie zespołu. I od tego momentu zaczęli dawać z siebie wszystko i więcej. Istne szaleństwo. Torwar pękał od śpiewów, skoków i emocji.
Mogłoby się też wydawać, że skoro byli u nas rok temu i w międzyczasie nie nagrali nic nowego, będzie podobnie jak w Gdyni. I w sumie tak było, ale set lista była trochę inna, publiczność bardziej zaangażowana i zespół bardziej rozochocony. Molko na temat flag powiedział, że jak grają tyle lat, do tej pory cos takiego im się nie zdarzyło. Każde słowo, każdy komplement w stronę publiczności, było kwitowane ogłuszającym rykiem.
Cóż, było więcej niż nieźle. Wystarczyło spojrzeć na publiczność. I na zespół. Bo o ile Molko rozochocił się dopiero po akcji z flagami, tyle Olsdal od początku kokietował z samego brzegu sceny. Z biegiem czasu rozkręcili się wszyscy. Widać było, jak bardzo się starają, że chcą nam z siebie dać jak najwięcej. A dali energię "Special K", "Every You, Every Me", melancholię "Follow the Cops Back Home", "Running Up that Hill", "Twenty Years", smutek "Without You I'm Nothing". Czyli to, co najlepsze I jeszcze więcej.
Po trzech koncertach Placebo, na których byłam, nachodzą, mnie dziwne uczucia. Że to już chyba nie jest ten sam zespół, co choćby cztery lata temu. Nie gorszy, tylko inny. To już nie jest jedna wielka kontrowersja, że dwóch z nas jest homo, a dwóch hetero i spróbuj rozwiązać tę zagadkę. Widać, że skończyła się era pants on fire, a zamiast sukienek mamy eleganckie koszule i dopasowane kamizelki. Mimo wszystko mi osobiście wydają się mniej spięci, a bardziej wyluzowani. The fear of growing old? No way! Let's rock!
Ewa Chowańska











Aktualności


Komentarze