Porcupine Tree - Kraków - 8.04.2003
Nazbierało się koncertów przed samymi wakacjami 2003 roku. Peter Gabriel w Poznaniu, King Crimson i Yes w Warszawie. Jak widać, na Frippa, Andersena z załogami czy Gabriela Kraków musi jeszcze trochę poczekać, ale już kilka zacnych zespołów z chęcią przyjeżdża do naszego skromnego grodu... Marillion, Dream Theater i bohaterowie tej relacji - Porcupine Tree.
Pod Halą Wisły stawiłem się o siedemnastej trzydzieści. Warunki, jak na kwiecień, delikatnie mówiąc nie napawały optymizmem. Przywitał mnie zimny wiatr i pięć stopni powyżej zera. Nastrój mi to trochę popsuło, bo oczekiwanie na znajomego, z którym wybrałem się na Porki dłużyło się niemiłosiernie. Ale pomyślałem, że jednak trzeba dzielnie dotrwać i mieć oczy szeroko otwarte. Szybko jednak zrezygnowałem ze zgrywania bohatera, gdy z ciężkiego nieba sypnął ostry śnieg. Po jakichś dziesięciu minutach nareszcie znaleźliśmy się z kumplem i weszliśmy do ciepłego wnętrza. Wyłuskaliśmy kasę i po uczciwym podziale środków finansowych na szatnię zostawiliśmy swoje rzeczy. Chwilę później zwarci i gotowi stanęliśmy w pokaźnym tłumku oczekującym na kasację bilecików. Sprawdzanie w wykonaniu miłej pani-ochroniarz odbyło się szybko, bezboleśnie i bezdotykowo. Razem z tłumem fanów przesunęliśmy się kilka metrów aż do szklanych drzwi oddzielających nas od samej Hali.
Gdzieś około osiemnastej tłum wydał okrzyk radości - szczęk zamka i... otworzyło się tylko jedno skrzydło. Fani naparli na drzwi i w ten sposób, właściwie niesiony przez żywą falę przekroczyłem próg Hali. Ludzie popędzili w stronę sceny tratując się, podkładając sobie nogi. Było to właściwie zbyteczne, bo do barierek pod sceną można by spokojnie dotrzeć krokiem cokolwiek spacerowym.
Trzeba przyznać, że koncerty tego typu to niesamowita impreza. Miłe i konstruktywne wymiany zdań z rockowo-progresywno-metalową bracią, dwaj fani rozłożeni na podłodze grający w marynarza, luźna atmosfera a przy wejściu wędrowne karawany kupców rozprowadzających koszulki, bluzy, czapeczki wiele innego stuffu oraz - co chyba najważniejsze - płyty i to nie tylko pełnowymiarowe albumy i płytki koncertowe Porcupine Tree, ale też solowe projekty muzyków Jeżozwierzy - No-man, Bass Communion itd. (wypatrzyłem nawet Live Body: Live Spirit The H Band!). Gdy już handlarze wydusili od nas trochę pieniędzy, objuczeni wróciliśmy na Halę.
Około dziewiętnastej trzydzieści techniczni opuścili scenę. Chyba trochę za jasno jak na Porcupine Tree? Ale może zaczną od czegoś z Lightbulb Sun. A tu niespodzianka... Na scenie pojawił się brodaty, długowłosy facet w jeansach, kowbojskich butach i czarnej koszulce z gitarą akustyczną w ręku. Nieznajomy przedstawił się jako John Wesley i powiedział, że zagra kilka utworów ze swojej solowej płyty. Skąd ja go znam? Zaraz... Oczywiście, przecież to gitarzysta współpracujący z Fishem! Pojaśniało? Wesley zagrał sześć utworów, opowiedział historię o swojej babci-Polce, za co otrzymał długie owacje i po półgodzinnym występie znikł za sceną. Dochodziła ósma...
Słońce już zaszło. Scena tonie w ciemnościach. Podejrzany ruch po prawej stronie sceny może oznaczać tylko jedno. To oni - Richard Barbieri, Colin Edwin, Gavin Harrison - nowy nabytek Porków, Jego Wysokość Steven Wilson i... ten sam John Wesley. Barbieri zasiadł za syntezatorami, Harrison ulokował się przy zestawie perkusyjnym, Edwin wyciągnął schowany gdzieś za wzmacniaczami bas, Wesley z gitarą akustyczną zajął miejsce po prawej stronie, Wilson zaś na samym środku. Wystarczyło jedno dotknięcie strun i było wiadomo, że Hala Wisły odleci dziś wieczorem. Blackest Eyes przy wściekle migocących stroboskopach i szalonej grze świateł. Potężna kanonada dźwięków. Okrzyki radości i wielki młyn na środku sali. Kapitalne otwarcie. Widać, że Porki czują się tu jak u siebie. Steven w okrągłych niebieskich okularach, granatowej bluzie, szerokich spodniach, boso przechadzający się po specjalnie przygotowanym dywaniku (niestety nie do zdobycia po koncercie - przyklejony fachowo taśmą)...
Nikt nie może się otrząsnąć po tej dźwiękowej lawinie, a panowie nie zwalniają tempa. Zdawkowe Dziękuje wypowiedziane łamaną polszczyzną i natychmiastowe przejście do The Sound Of Muzak. Świetne zsynchronizowany bas i perkusja. Całości dopełniają fantastyczne wokalizy Wesleya (drugi wokal przez cały koncert). Małomówny (z początku) Steve rzuca tylko Good evening, it's very good to be back here in Poland i zapowiada następny utwór - Gravity Eyelids. Rozpoczyna Richard. Wyczarowuje palcami delikatne elektroniczne frazy. Po chwili dołącza Steve. Punktowy reflektor wycelowany wprost we frontmana Jeżozwierzy. Cała sala wpatrzona w Wilsona chłonie kolejne dźwięki. I potem ni stąd ni zowąd, potężna solówka prawie że zrywa dach Hali Wisły. Steven pochylony nad gitarą, to spod jego palców wychodzą te monumentalne riffy. One towarzyszą nam przez kolejne dziesięć minut, bo oto kolejnym utworem jest Even Less. Świat już wiruje. Tłum pod sceną szaleje. Refren śpiewają wszyscy. Świetna rozimprowizowana solówka Wilsona zwala z nóg. Zero. Seven. Five. Five. Zero. Zero. Beznamiętny głos tajemniczej radiotelegrafistki odlicza beznamiętnie kolejne cyfry. I nagle to odliczanie przerywa optymistyczny akord. Robi się bardziej przebojowo. Pure Narcotic. Lekka gitara akustyczna, dźwięki cymbałów, ciche bębny. Ciemność przecinają światła punktowych reflektorów, scenę zalewa niebieskawe światło, gdy cichnie ten słodko-gorzki "przebój" ze Stupid Dream. Powietrze staje się coraz cięższe i... Wedding Nails. Siedmiominutowy instrumentalny metalowy czad. Prawdziwy popis frontmana Porcupine Tree. Wśród publiki obowiązkowy młyn, head-banging...
Waiting. Jeden z najpiękniejszych momentów tego koncertu. Cudowne wokalizy płyną po całej sali. W powietrzu unosi się woń marychy. A jednak można palić w Hali... Kilka światełek zapalniczek wędruje do góry. Pięknie. Chwila przerwy. Steve i John zmieniają gitary. Hatesong rozpoczyna Colin. Dialog basu z perkusją, po chwili wtrącają się gitara i klawisze. W całość wplata się beznamiętny śpiew Wilsona. A potem wszystko wybucha. Fantastyczny refren ... Yes, I'm hearing voices too... brzmi niesamowicie. Rozbudowana potężna solówka ośmiu znów ponad tysiąc gardeł wykrzykuje agresywny refren. Po ośmiu minutach z głośników znajomy fortepian. Jedna fraza, druga, trzecia... You think I deserve this, You said I was stupid... Znów zapalniczki wędrują w górę. Światło reflektora zalewa scenę. Wyjątkowa trzynastominutowa wersja Russia on ice. Grzmią gitary, Gavin Harrison pokazuje wszystkim zgromadzonym, że jest godnym następcą Chrisa Maitlanda. Podwójna centrala perkusyjna dudni na całego. I potem już tylko Richard odprowadza nas do samego wyjścia. Fortepian nie cichnie. Teraz Heartattack in a lay-by. Fenomenalne wokalizy Johna wybrzmiewają po Hali Wisły. Chórek w jego wykonaniu brzmi dokładnie tak jak na płycie. Ciekawe tylko, jaką klamrą Porki zepną cały ten występ. Steven dziękuje za przyjęcie i przedstawia publiczności Colina Edwina. Po chwili wszystko staje się jasne... Głos znajomej telegrafistki oznajmia ...Giovanni Tinto Brass... Colin znika za wzmacniaczami i wraca bez basu, ale z... fletem. Świetne progresywne zakończenie. Gitary Johna i Stevena wypełniają całą Halę. Na koniec oczywiście obowiązkowy metalowy riff. To już koniec? Oczywiście, że nie. Nikt w to nie wierzy. Porki schodzą ze sceny. Kilkuminutowa przerwa, wypełniona oczywiście długą owacją. Jakiś facet krzyczy z trybun "Come back, come back". Po całej sali rozchodzi się "POR-CU-PINE-TREE?".
Po jakichś pięciu minutach pięć postaci wychodzi znów na scenę. Wrzawa i podniecenie. Ale się ten bis zaczyna! Shesmovedon. Wszyscy zgromadzeni wspomagają Steve'a wokalnie w każdej linijce tekstu. Na koniec przepiękna rozbudowana solówka (jedna z tych, po której każdej fance rocka miękną nogi) i panowie ruszają z mrocznym Dark Master. Zmiany nastrojów, duszny klimat, świetne sola Wilsona i Wesleya. Utwór zbliża się do końca. Steve przedstawia publiczności wszystkich członków zespołu. Zaledwie godzina czterdzieści. Pełne pięć minut braw wystarcza. Wracają. Fani domagają się Radioactive Toy na koniec występu. Teraz właśnie ma miejsce przezabawny dialog Wilsona z publicznością:
-RADIOACTIVE TOY!
-I'm sorry! We're just not gonna do Radioactive Toy tonight. I'm sorry! I'm so sorry!
-RADIOACTIVE TOY!
-No, we've played it so many times!
-RADIOACTIVE TOY!
-No! Gavin doesn't even know it. Gavin, have you ever heard Radioactive Toy
(Gavin Harrison wybija pierwsze takty utworu)
-RADIOACTIVE TOY!
-OK, shhh...This is the last song of the evening, and it's called?
-RADIOACTIVE TOY!
-NO!!!
-YES!!!
W całą sytuację miesza się po chwili ubawiony John Wesley... również domagając się zagrania tego utworu! Śmiechom i owacjom nie ma końca. Wreszcie dopuszczony do głosu wokalista zapowiada ostatni utwór tego wieczoru. Trains. Każde uderzenie perkusji, nawet niektóre riffy natychmiast są podchwytywanie przez zgromadzonych. Akustyk Wesleya grzmi po całej sali, potężne bębny, riffy Wilsona również... Jeszcze tylko jeden wybuch gitar... Always the summers are slipping awal? Magia. Czysta magia... Zapalają się światła. Techniczni rzucają jeszcze w publikę pałeczki perkusisty, listki do gitar i inne bajery. Definitywny koniec. Tak jak napisane było w setliście "leave the stage after second encore"...
Każdemu ze zgromadzonych zabrakło pewnie jakiegoś utworu na tym koncercie. Mnie najbardziej Last Chance To Evacuate Planet Earth... (Zagrali go dzień później w Bydgoszczy). Cóż, nie można mieć wszystkiego. Przecież i tak było pięknie i magicznie...
Niezwykle szczęśliwy, choć nieziemsko zmęczony przebijałem się przez wieczorną zawieruchę opatulony w płaszcz wraz z grupą zapaleńców zmierzających do jednego z przytulnych krakowskich klubów w okolicy Rynku na małe pokoncertowe spotkanie. I nawet jacyś dwaj blokersi przystanęli wsłuchując się czujnie w chóralny śpiew odzianej w czerń watahy... Swim with me into your blackest eyes....
Setlista:
Blackest Eyes
The Sound Of Muzak
Gravity Eyelids
Even Less
Pure Narcotic
Wedding Nails
Waiting
Hatesong
Russia On Ice
Heartattack in a Lay-by
Tinto Brass
-------------------------
Shesmovedon
Dark Matter/Buying New Soul
-------------------------
Trains
Aleksander "Malkavian" Stępień











Aktualności


Komentarze