Riverside - Wrocław - 1.10.2007
Byłam na pięciu koncertach zespołu na "C", trzech koncertach zespołu na "P". Jeśli zaś chodzi o zespół na "R", było to nasze drugie spotkanie. I o ile w przypadku dwóch pierwszych zespołów za każdym razem byłam zaskakiwana czymś nowym, świeżym lub na tyle mocnym, że spadały mi buty, tak teraz... Myślę, że mogłam poczuć się rozczarowana. Szczególnie, że miałam porównanie. Szczęka i buty zostały na swoim miejscu. Nie zmieniło się nic. Oczywiście, poza muzyką.
Wcale nie klimatyzowana, acz piękna sala wrocławskiego klubu "Od zmierzchu do świtu", wypchana była po brzegi. Można się było tego spodziewać po entuzjastycznych relacjach fanów, którzy na czerwcowy koncert Dream Theater do Katowic pojechali specjalnie, by zobaczyć supportujący ich Riverside.
W ramach trasy promującej, mogliśmy usłyszeć większe fragmenty nowej płyty, kończącej trylogię, "Rapid Eye Movement". Przyznam, że przed koncertem nie słyszałam całego albumu. Jedynie kilka fragmentów w radiu ? i one zrobiły na mnie piorunujace wrażenie.
Niby wszystko na tym koncercie było w porządku. Ale ponieważ zawsze musi być jakieś "ale"... Po raz kolejny przekonuje się, że fani zniosą wszystko. Wszystko było poprawne. Za poprawne. Aż do bólu. Więc: ale gdy usłyszałam te nowe utwory zaraz na początku koncertu, trybiki machiny zaczęły zgrzytać. Dostałam lekkiego szczękościsku. I tak aż do końca dwugodzinnego występu, kiedy ów szczękościsk poczułam aż w kręgosłupie.
Po nowościach w postaci "Rainbow Box" i "Beyond the Eyelids" zabrzmiał "I Turned You Down", jeden z moich najukochańszych fragmentów z "Second Life Syndrome". Większą magię czuję słuchając go po raz setny z płyty. Brakowało iskry bożej, czegoś, co czyniłoby ten koncert wyjątkowym. Brakowało ciągłości, elementu spajającego, mięcha, ot co. Ducha, który unosiłby się nad muzykami. Oprócz tego nie do końca rozumiem po co nam i zespołowi stadionowe zagrywki w stylu: sektor lewy śpiewa najpierw, a potem ci, co pod sceną pokazują im jak to się robi. Po co? Chyba po to, żeby kąciki ust niektórym opadły na sam dół.
Większość utworów zlała się w całość. Nawet te dobrze znane: "Volte Face", "Conceiving You", wspomniane "I Turned You Down" czy "Second Life Syndrome". Zabrakło może tylko ?Artificial Smile".
A ponieważ królowi trzeba też oddać co królewskie, były też i momenty porywające, jak druga, instrumentalna część "Second Life Syndrome". A na największe brawa i ukłony zasłużył moim zdaniem "Loose Heart". W całej reszcie (w tym w pierwszej części tytułowego numeru z drugiej płyty, nad czym ubolewam chyba najbardziej), zagubiły się gdzieś te piękne melodie, w instrumentalnym dialogu zagubiło się uczucie. Nie chcę więc też przez to powiedzieć, że koncert został położony na całej linii. Co to, to nie. Na sam koniec zabrzmiały jeszcze "02 Panic Room", "Out of Myself" i "Lucid Dream IV".
Były szepty i były krzyki. Ale na tym przecież nie można zbudować całego koncertu. Wokalnie najbardziej brakowało tego czegoś pośrodku. To, co tam powinno być było zbyt słabe, by udźwignąć ciężar całego piękna muzyki Riverside. Jakby Mariusz Duda bał się szerzej otworzyć usta. A może to po prostu wina nagłośnienia...
Łabędzi śpiew to to nie był. Ich szept. Mój krzyk. Spodziewałam się czegoś więcej. Może za dużo. W końcu wszyscy jesteśmy ludźmi i mamy gorsze dni. I człowiek jest też takim dziwnym stworzeniem, które zawsze powinno wierzyć, że będzie lepiej.
Ewa Chowańska











Aktualności


Komentarze