The Twilight Singers - Hamburg - 24.01.2004
Cóż, Polsce jeszcze trochę daleko do stania się koncertowym przystankiem dla wielu świetnych wykonawców, zatem nadal trzeba jeździć do Niemiec albo Czech w celu zobaczenia kultowych zespołów i zaliczać kolejne gigi. Ale jeszcze nic straconego, może kiedyś przyjadą. Piszę o występie dopiero teraz, ponieważ dzięki współpracy kanadyjsko-włosko-niemiecko-polskiej zostałem szczęśliwym posiadaczem nagrania z tego koncertu. A było czego słuchać. Bo i pan Greg Dulli śpiewać potrafi, a i The Twilight Singers mają w zanadrzu rewelacyjne kompozycje.
Logo to knajpa mniej więcej na 150-200 osób ze stołem do gry w piłkarzyki i rzutkami. Sceny właściwie nie ma, jedynie podwyższenie do którego nawet ci z tyłu mają parę metrów. Publika międzynarodowa, można usłyszeć nawet polskie przekleństwa, na sali papierosowy dym i półmrok. The Twilight Singers wychodzą na scenę o 21:30. Nerwowe fortepianowe intro i panowie ruszają z Esta Noche. Gitarzysta wyciąga z przesteru najwyższe rejestry. Zaraz potem Teenage Wristband połączony z The Twilite Kid. Takiej energii nie słyszałem jak żyję, refreny tego pierwszego wymiatają kurz z podłogi, a spokojna wersja otwieracza debiutanckiego albumu napędzana fortepianem i mocnym bitem perkusji sama wprawia stopy w ruch. Dalej That's just how this bird sings i Decatur St. Nie ma przebacz, grają na całego. Dulli zapowiada A Love Supreme Johna Coltrane'a, ale po dwóch minutach wydziera się "Staaaaay Baaaaaby..." i Twilight Singers już zasuwają z Please Stay Marvina Gaye.
- "Nothing you can do that can't be done..." - Dulli przy akompaniamencie fortepianu intonuje Betlesowskie (tak jakby kto nie wiedział) All You Need is Love, które w refrenie przechodzi we właściwy utwór. Love z Twilight as played by The Twilight Singers, a potem tylko: "eins, zwei, drei, vier" i z dźwiękowej rzeźni wyłania się Annie Mae. Dulli zagaja - "Weźmiecie chłopaków na Reeperbahn po koncercie, co? Oni tylko tego potrzebują!" - i odpala kolejnego papierosa. Zaciąga się, odstawia a gdy kończą utwór kiepuje gdzieś z boku sceny. Gdy śpiewa, przylepia szluga taśmą do mikrofonu. Dobrze się nie zaczęło a on już kończy paczkę. Papillon z Twilightowego Blackberry Belle łączą z o 10 lat starszym If I Were Going Afghan Whigs. Dandysowe ubranie i grzywka na Elvisa lidera, wszechobecny luz muzyków. Rzeczywiście powracają wspomnienia z pierwszych odsłuchów Gentlemen. Potem Martin Eden poprowadzony przez drżący fortepian i wiolonczelę. Dłuższa przerwa przed King Only; raz - że to chyba najbardziej osobisty moment tego wieczoru, dwa - zagrać dwanaście utworów bez przerwy na całego to niemały wysiłek. Pamiętacie Clinta Eastwooda i jego monolog o Magnum .44? King Only to taka kula w łeb, w środek czoła. A chwilę potem Black is the Colour if My True Love's Hair. Masakra. Tyle. Dialog akustyka z perkusją, rusza niski bas i włącza się Dulli. Nie ma słów na opisanie tego co się działo z publicznością. Potężna owacja, a ten świr rzuca tylko - "tell that bitch to shut the fuck up". Wraz z ostatnim taktem zaczyna się Time Of The Season The Zombies, tak kończy się podstawowy set.
Na scenę wraca Greg Dulli. Publiczność wywołuje muzyków albo każe mu grać samemu. Mistrz jest trochę zaskoczony reakcją tłumu (to urocze "Oh Jesus! Jesus, Mary... and the other guy!"), a może to tylko poza. Szybko intonuje... Roses OutKast, z odpowiednio zmienionym tekstem, bo zamiast "poo poo" wydziera się na cały klub "scheisse". Dużo śmiechu, z kilku stron pada natychmiast swojskie, rdzenne polskie "gówno". Zaraz potem Afghanowe Black Love i wracają członkowie zespołu. Grają "utwór o Jerrym Lee Lewisie" The Killer. Nie sądzę, abym już kiedykolwiek usłyszał taki dźwiękowy ogień. Zespół gra na nutę z Blackberry Belle, a Dulli zaczyna śpiewać piosenki Fleetwood Mac. Wszystkie, po jednym wersie! Sara, Gypsy, a gdzieś pomiędzy tym prześmiewcze I Believe In A Thing Called Love The Darkness poprzedzone fragmentem Get Your Hands Off My Woman. Greg wybiera jakąś panienkę z tłumu i dedykuje jej Laylę. Zespół gra potężnie, wioślarze parodiują pogowanie metalowych sztywniaków, palą głupów jak leci, robi się wesoło.
Znowu wychodzą na scenę. Drugi i ostatni bis. Uptown Again z wymiatającym rytmem perkusji i po chwili Hey Ya! OutKast. Zespół gra ten kawałek szybciej, a Greg wypluwa z siebie ten popieprzony słowotok i ciągle, ciągle się drze. Płynnie przechodzą w 66, po czym The Twilight Singers grają Summertime połączony z Faded. Summertime, kumacie młodzieży? Janis Joplin, anyone? Nic właściwie nie szkodzi, że w tym miejscu nie będzie Purple Rain Prince'a. I tak wgniatają w ziemię.
Panie Dulli, panie Dulli. Absolut.
Aleksander "Malkavian" Stępień











Aktualności


Komentarze