Show No Mercy #20 - 28.02.2009
24 Listopada 2009
Tak to już jest w życiu, że chce się być na jakimś koncercie czy feście i dopiero po jakimś czasie te marzenie może się urzeczywistnić. Tak było w przypadku warszawskiego Show No Mercy. Dopiero na dwudziestą - urodzinową edycję udało mi się zawitać. Tym razem hardcore'owy klimat poszedł lekko w zapomnienie, a na jego miejsce wtoczył się potężny walec serwowany przez pięć występujących w tym dniu kapel. W zasadzie mniej niż pięć?

Zdjęcie dołączone do tekstu jest fragmentem plakatu promującego koncert.
Searching For Calm nie zachwyciło mnie bowiem w żadnym calu. Zatem gdy Sosnowczanie grali, mogłam na spokojnie przyjrzeć się Progresji. Już po kilku minutach spędzonych w tym klubie doszłam do wniosku, że klimat niczym nie różni się od szczecińskiego. Było mi nieco dziwnie, bo będąc na koncertach poza moim miastem przyzwyczaiłam się do tłumów, duchoty i zgoła innej atmosfery. Czułam się jak u siebie na występie lokalnych czy też ewentualnie polskich zespołów. Nie dochodziło do mnie, że przede mną za chwilę staną kapele jakby nie patrzeć światowego formatu. Drogi Czytelniku, jeśli jesteś mieszkańcem Warszawy, Krakowa czy nawet Poznania, to najprawdopodobniej tego nie zrozumiesz. Ale zawsze warto spróbować?
Po słabym rozpoczęciu przyszedł czas na konkretne granie za sprawą kapeli Medeia z Finlandii. Zaczęli od dwóch utworów z ich EP-ki: "Unholy Communion", "Na1". Fajnie jest usłyszeć na koncercie melodie słuchane dziesiątki razy w domu jeszcze bez świadomości, że kiedyś tak dane będzie je obadać na żywo. Dlaczego bez świadomości? Nie spodziewałam się, że tak mało znany zespół jakiś czas odkryty przede mnie wystąpi w Polsce. Świat muzyki jak zwykle miło mnie zaskoczył. Muzyka grana przez nich prezentuje się wybornie. A jeżeli mówię już o prezentacji, to warto wspomnieć o wyglądzie scenicznym, w zasadzie to o jednej osobie, którą na pewno niejeden będący na sali mężczyzna zauważył. Pani Laura Dziadulewicz grająca na klawiszach? Tak, tak, klawiszach. Trochę źle kojarzy się, szczególnie tym, którzy nie przepadają za muzyką rodem ze Skandynawii, jednakże instrument ten kapelę ubogaca i sprawia, że jest dość oryginalna i na pewno łatwo zapamiętywana.
Na długo pozostanie mi obraz trzeciej kanadyjskiej kapeli Bison B.C. Ich nazwa jest dosłownie strzałem w dziesiątkę. A to ze względu na wygląd muzyków - długie niezbadane (albo sprawiające takie wrażenie) włosy, brody i postawne sylwetki. Sama też i muzyka nie należy do łatwych odbiorze. Utwory są długie, dość mocno skomplikowane i ociężałe. Koncert ich podobał mi się bardzo. Na tę opinię wpłynęło na pewno usłyszenie mojego faworyta "Wendigo Pt. 1 (Quest For Fire)" z ich ostatniej płyty "Quiet Earth" z ubiegłego roku.
Później miał grać pierwszy headliner - Burst, jednak role zamieniły się i na scenie pojawili się Niemcy z The Ocean. Znakomicie bawą się z muzyką łącząc przeróżne dźwięki, przez co trudno jest ich wrzucić do jakiejkolwiek muzycznej szufladki. Oczekiwałam, że potwierdzą moją tezę podczas tego koncertu. Muszę przyznać, że troszeczkę zawiodłam się. Jednak chciałabym od razu podkreślić, że warunki w Progresji utrudniły mi zrozumienie ich przekazu. Akustyka pozostawiła wiele do życzenia, gdyż nie czuć było tej głębi i przyprawiającego o dreszcze klimatu w niektórych kompozycjach (tych wolniejszych i dłuższych). Wolałabym oglądać ten zespół na dużej scenie z większą ilością muzyków (bo na przestrzeni lat w grupie tej grało wiele), dzięki czemu mogłabym usłyszeć moje ulubione "Rhyacian" śpiewane przez innego wokalistę. Pomimo tego koncert uważam za udany. Przecież nie mogłoby być dosłownie tak, jakbym chciała? A co usłyszeliśmy między innymi? Wiele z najnowszej płyty "Precambrian": "Hadean", "Orosirian", "Eoarchaean", a także ze starszych: "The city in the sea" czy też "Austenity". Były też i wizualizacje. Jako że nie należę do osób, które są ich zwolennikami, to nie zabiorę głosu w tym temacie. Muzyka powinna sama pobudzać wyobraźnię. A czy The Ocean spełnił tę misję? Średnio im to wyszło. Pozostaje czekać na ich koncert w nieco większym klubie i z długim czasem grania. Co to jest około 40-50 minut gry dla kapel z 10-minutowymi utworami?
Podobny problem wystąpił podczas ostatniego występu Szwedów z Burst. Mimo iż wdawało mi się, że ten koncert trochę się dłuży, to ostatnie kapele powinny zagrać więcej utworów. A najlepiej jakby występowały same. Ale to w końcu Show No Mercy a nie zwykły koncert z jedną gwiazdą i dwoma przeciętnymi lub wręcz słabymi supportami. Odrzucając już wszelką krytykę i dywagacje muszę powiedzieć, że Burst dał niezły występ. Zaczęli bardzo ładnie od "(We watched) The silver rain" z nowej płyty "Lazarus bird". Oprócz tej kompozycji mogliśmy wysłuchać "I exterminate the I", "Cripple god", "I hold vertigo" oraz moje ulubione "We are dust". A z poprzednich wydawnictw między innymi: "Where the wave broker" i "Rain".
Na Show No Mercy jak zwykle przybyli mogli nie tylko nakarmić zmysł słuchu i wzroku, ale i też smaku dzięki przepysznej żywności serwowanej przez Vegavani. Można było także zaopatrzyć się w koszulki, plakaty, płyty? Do wyboru do koloru. Ten koncert będą na pewno miło wspominać nie tylko przez to, iż zobaczyłam cztery bardzo barwne i ciekawe kapele, ale również i z innego względu - przeżyłam go z Kimś fantastycznym.
Emilka











Aktualności


Komentarze