Europe - Presov - 2.02.2010
9 Lutego 2010
O tym, że "Last Look At Eden" to już trzecia płyta Europe wydana po reaktywacji zespołu w 2003r. (a w całym ich dorobku ósma) nie muszę chyba wspominać. Zainteresowani doskonale to wiedzą, tych mniej wtajemniczonych odsyłam na stronę zespołu (www.europetheband.com). Trzy nowocześnie brzmiące i zróżnicowane stylistycznie płyty i trzy światowe trasy koncertowe gromadzące coraz to szerszą publiczność- dziś chyba już nikt nie ma wątpliwości, że Europe na dobre powrócili na rockową scenę. Że muzycznie mają jeszcze wiele do powiedzenia.

fot. Małgorzata Sęczak
Obecna trasa rozpoczęła się w Ameryce Południowej w kwietniu 2009r., jeszcze przed wydaniem albumu. W listopadzie zespół zagrał na kilku koncertach w Niemczech, a rok zakończył dwoma występami dla rodzimej publiczności w Szwecji. Wyprzedany koncert w Amsterdamie 17 stycznia zainicjował drugą część trasy. Niestety, znów zabrakło na niej Polski. Po krajach takich jak Francja, Hiszpania, czy Włochy, Europe zawitali 2 lutego w słowackim Presov. Cóż, dla polskich fanów to już przecież niedaleko.
Parę minut po 19-tej na scenę weszła czeska grupa Motorband, która miała stricte rozgrzać wciąż zmarzniętą publiczność. Może i bez wielkiego entuzjazmu, ale ich półgodzinny występ zawierał kilka kawałków, które naprawdę się spodobały. Nie tylko mnie bynajmniej. Prawdziwie elektryzujące napięcie zaczęło jednak narastać dopiero podczas przerwy. Trochę zniecierpliwieni odliczaliśmy minuty. Aż wreszcie, dokładnie o godzinie 20-tej na scenę weszli panowie z Europe i z głośników rozbrzmiały pierwsze, prawie marszowe takty piosenki "Last Look At Eden".

No i się zaczęło. Rywalizacja o to, który z instrumentów zabrzmi głośniej, donioślej, bardziej mięsiście. I do tego głos Tempesta, dużo głębszy niż dwadzieścia pięć lat temu, a jednak wciąż zaskakująco czysty. Tak potężny utwór wykonany na samym początku mógł przynieść tylko jeden efekt- wprawił on publiczność w dosłowny rockowy trans, z którego miała się ona jeszcze długo nie obudzić. Entuzjastyczny aplauz po zakończeniu piosenki pozytywnie zespół dostroił. Joey zrewanżował się wypowiedzianym po słowacku powitaniem. "Świetnie, " pomyślałam. "Ciepłe przyjęcie i kontakt od razu nawiązany".
Jako drugą usłyszeliśmy piosenkę "Love Is Not The Enemy" z ich poprzedniego albumu. Jej ciężkie gitarowe brzmienie i lekkość, z jaką Tempest poruszał się po scenie zrobiły piorunujące wrażenie. Reakcja publiczności podobna.
Na tym etapie wiadomo już było, że tę muzyczną podróż odbędziemy razem. I że będzie bajecznie. Podczas kolejnych: "Scream of Anger", "Superstitious", czy "Gonna Get Ready" w preszowskiej hali sportowej dosłownie wrzało. Piosenki z różnych, jakże przecież odległych od siebie czasowo albumów nikogo nie zaskoczyły. Ich teksty większość zgromadzonych znała na pamięć. A ci, którzy ich nie znali i tak się dobrze bawili (dla wtajemniczonych- nie jest to moja złośliwa uwaga pod czyimś adresem).
Na scenie temperatura była chyba podobna. Panowie nie oszczędzali się, grali tak, jakby był to ich ostatni koncert w życiu. Dawali z siebie wszystko. Prym oczywiście wiódł wokalista, będący tego wieczora w doskonałym humorze. Biegał po scenie niczym przysłowiowy nastolatek (gwoli przypomnienia, Joey, niegdysiejszy idol co drugiej dziewczyny, skończy w tym roku 47 lat), wymachiwał statywem, bawił się mikrofonem. Bezustannie też zachęcał publiczność do wspólnego śpiewania, klaskania, skandowania. Jego pytanie: "Are you having a good time?" było, rzecz jasna, retoryczne. Publiczność szalała. Często zresztą mówił, także po słowacku, w przerwach między piosenkami.

Refleksyjnie zrobiło się dopiero przy nastrojowym, a przy okazji moim ulubionym kawałku z ostatniej płyty "No Stone Unturned". Ten posiadający własną dramaturgię, silny, niemal patetyczny utwór brzmi nawet lepiej w wersji koncertowej niż studyjnej. Jest bowiem ten specyficzny, odlotowy klimat. Wzniosłe partie gitary i symfonicznie brzmiące organy, a do tego niebagatelny tekst. Ach, muzyczna poezja!
Kiedy w rękach Joey'a pojawiła się gitara akustyczna wiadomo było, że to czas na "Prisoners In Paradise". Ale w wersji, której nie słyszeliśmy na poprzednich trasach. A to dlatego, że całkiem niedawno piosenka ta wyparła z setlisty sztandarowe i trochę już chyba nudnawe "Carrie". Trafne posunięcie, bo tytułowa piosenka z piątego albumu w akompaniamencie tylko gitary akustycznej i przy wtórze kilku tysięcy głosów brzmi fantastycznie. I znów piątka z plusem dla publiczności za znajomość tekstu.
Zaraz potem usłyszeliśmy dwa kawałki z drugiej płyty, a mianowicie "Open Your Heart" i "Stormwind".
Dopiero na półmetku koncertu Joey oficjalnie przedstawił członków grupy: John Leven (bass), Mic Michaeli (instrumenty klawiszowe), Ian Haugland (perkusja) i, jak to Joey ujął, prawdziwy bohater gitary John Norum. Ten ostatni dostał swoje pięć minut, podczas których zaprezentował swój utwór solowy "Optimus". Maestria gry na gitarze, nic dodać nic ująć.
Następnie było i "Seventh Sign" (ta piosenka chyba już zawsze będzie mi się kojarzyć z rozpoczęciem koncertu w Katowicach w 1992r.) i pół-ballada "New Love In Town".

Nie sposób jednak opisać każdego z prezentowanych utworów, nie sposób wyrazić, co działo się na i pod sceną. Trzeba jednak wspomnieć moment, w którym Joey zszedł ze sceny, by przemaszerować przed pierwszym rzędem i uścisnąć ręce wszystkim, których zdołał dosięgnąć. Prawdziwy ukłon w stronę publiczności.
Końcówka koncertu to znów mieszanka starych i nowych utworów. Po euforycznie przyjętym, żywiołowo odśpiewanym i odklaskanym "Rock Th Night" zespół co prawda opuścił scenę, ale wszyscy wiedzieliśmy, że to jeszcze nie koniec. Bo koniec trzeba ODLICZYĆ.
Skandowane wielokrotnie "Europe, Europe" osiągnęło apogeum. Groziło nam zdarcie gardeł. Na szczęście panowie szybko pojawili się znów na scenie i na zaplanowaną dokładkę zagrali jeszcze dwie piosenki: nową "The Beast" i...tak, tak "The Final Countdown". Po czym rozpromienieni pożegnali się (znów po słowacku) i to był naprawdę koniec. W sumie prawie dwie godziny kapitalnej rockowej muzyki. I świetnej zabawy.
Koncert w Presov był wydarzeniem najwyższej rangi, prawdziwym muzycznym rarytasem. Muzycy z Europe nie po raz pierwszy i zapewne nie ostatni pokazali klasę. Odnoszę nawet wrażenie, że z roku na rok nie tylko poszerza się ich warsztat umiejętności, ale w nich samych jest coraz więcej werwy i rockowego zacięcia. Wraz z wiekiem przybywa im scenicznej dynamiki, a swoją energią potrafią porwać tłum bezgranicznie.

No i publiczność. Entuzjastyczna. Ciepła. Szalona. Napisać, że nie zawiodła to za mało. Przed koncertem można było jeszcze zastanawiać się, jak Europe zostanie przyjęty przez Słowaków- bądź co bądź był to pierwszy koncert zespołu w ich kraju. Ale już po kilku minutach między publicznością a muzykami wytworzyła się ta wyjątkowa więź, która nadawała koncertowi specyficzny klimat. Śpiewającemu Joey'owi wtórowała prawie całkowicie wypełniona hala, a w czasie przerw między piosenkami oklaskom i okrzykom nie było końca. Chyba nikt, kto był na tym koncercie nie wyszedł z niego rozczarowany.
Miejmy nadzieję, że co najmniej taka atmosfera będzie panowała podczas koncertu zespołu w Warszawie 19-go czerwca. Dla fanów, a także zwolenników muzyki rockowej - obecność obowiązkowa. A tych, którzy jeszcze się zastanawiają, czy pojechać zapewniam, że koncert Europe to olbrzymia dawka energii i niezapomnianych wrażeń.
Relacja przygotowana przy współpracy z serwisem http://europepoland.ning.com
Zdjęcia: Małgorzata Sęczak
Małgorzata Sęczak











Aktualności


Komentarze