Coma, Proghma-C, Orbita Wiru - Warszawa, Stodoła - 18.02.2010
22 Lutego 2010
18 lutego 2010 r. w Warszawskiej Stodole miał miejsce pierwszy z dwóch zaplanowanych na 18 i 19 lutego koncertów łódzkiej grupy Coma. Jako support zagrały Proghma-C, Orbita Wiru.
Koncert rozpoczął się od występu grupy Proghma-C, który zamiast rozgrzać publiczność, raczej ją znudził. Po nich na scenę weszła bardziej zbliżona muzycznie do Comy Orbita Wiru. Zespół spisał się o wiele lepiej, udało im się rozgrzać widownię. Im bliżej godziny 21, tym gęściej robiło się pod sceną. Publiczność, nie mogąc się doczekać występu, wywołuje zespół na scenę.
Punktualnie o 21:15 ku uciesze tłumu na scenę wchodzą: Adam Marszałkowski (perkusja), Rafał Matuszak (bas), Dominik Witczak (gitara) i Marcin Kobza (gitara). Rozbłyskuje oświetlenie i telebim, znane fanom z koncertu w ursynowskiej Hali Arena, na której nagrywano koncertowe DVD Comy. Wśród krzyków i oklasków rozlegają się pierwsze dźwięki "Woli istnienia". Po chwili, wchodząc wolnym, rytmicznym krokiem, do kolegów z grupy dołączą Piotr Rogucki (wokal).
W stodole rozpoczyna się istne szaleństwo: tłum skacze, krzyczy i śpiewa każde słowo piosenki, a Roguc tańczy na scenie z mikrofonem. Wyzwólcie swoje złe instynkty - zwraca się do publiczności i nie trzeba tej prośby powtarzać.
Następnie zespół gra tytułowy numer z pierwszej płyty, "Pierwsze wyjście z mroku". Mimo, że zgubiłem się/ mimo, że zabrnąłem w mrok/ wymieszałem z błotem krew - śpiewa Piotr, na co cała Stodoła odkrzykuje: Ocaleję mimo to! Bardzo dobrze przyjęte zostają również mocniejsze "Trujące rośliny" z naprawdę niezłą solówką na koniec.
Zespół nie zwalnia ani na chwilę, nie daje również odpocząć fanom. Frontman pada co chwilę na kolana i rzuca statywem. Chłopaki grają "Czas globalnej niepogody". Tu niestety słychać, że wokaliście brakuje czasem głosu i mocy, by ryknąć z całych sił, jak to miał w zwyczaju. Zupełnie nie przeszkadza to publiczności podczas kolejnego utworu, "Tonacji", jednego z najmocniejszych punktów wieczoru.
Tłum zaczyna tańczyć pogo, w tle na ekranie wyświetlana jest wizualizacja nawiązująca do teledysku. Końcówkę Moja nacja, moja tonacja, w trakcie której członkowie grupy stają w jednej linii na krańcu sceny, skandują praktycznie wszyscy, z powodzeniem zagłuszając Roguca. Publiczność owacją dziękuje za utwór, Piotrek odwdzięcza się, puszczając buziaka w stronę fanów. Rytmicznym klaskaniem rozpoczyna kolejny kawałek. Transfuzja! - powtarza po frontmanie widownia.
Ochroniarze mają pełne ręce roboty, wyłapując co chwilę kolejnych fanów niesionych na rękach przez tłum. "Transfuzja" jest bez wątpienia najlepiej przyjętym numerem: publiczność jest w siódmym niebie, choć temperatura w Stodole przypomina raczej piekło. Warszawa się nadawa! - komentuje to Roguc. Panowie biegają po scenie, zamieniają się miejscami. Trochę spokojniej robi się, podczas "Nie ma Joozka" i "Ostrości na nieskończoność".
Kolejnym mocnym punktem jest System, z wykrzyczanym przez tłum refrenem. Dominik Witczak i Marcin Kobza dają z siebie wszystko, Rafał Matuszak pokazuje klasę. Słabo wypada natomiast, poprzedzony utworem "Zamęt", singlowy kawałek z ostatniej płyty, "Zero Osiem Wojna": po raz kolejny objawia się nienajlepszy stan głosu Roguckiego, gitarom też "czegoś" brakuje.
Nie zawodzi za to następny numer, "Skaczemy": Czy dysponujecie prawą ręką? Czy dysponujecie lewą ręką? Czy dysponujecie prawą nogą? Czy dysponujecie lewą nogą? To pokażcie to! - zwraca się do publiczności wokalista. Przez cały czas trwania największego, obok "Transfuzji", koncertowego wymiatacza, widownia nie przestaje skakać, nie oszczędza się również zespół. Ochrona ledwo nadąża z wyłapywaniem amatorów pływania na fali rąk.
Gdy publiczność, w oczekiwaniu na kolejny numer, uspokaja się, wszystkie światła gasną, a do arsenału oświetlenia dołączają lasery niczym z imprezy techno. W mroku, z włączonymi jedynie rzeczonymi laserami, następną piosenkę inaugurują Rafał i Adam. Schizofrenia!!! - fani bez problemu rozpoznają charakterystyczny wstęp. Roguc, nie tylko wokalista, lecz także aktor, wykorzystuje wszystkie swoje zdolności aktorskie: nie tyle śpiewa, co przedstawia "Schizofrenię". Szyki psuje mu jeden z fanów: gdy Piotrek powtarza wielokrotnie wers Zrozumienia tajemnicy wszechstworzenia, wykorzystuje chwilę ciszy, by krzyknąć "Zbyszek, Zbyszek!". Nastrój pryska, całą Stodoła wybucha śmiechem, a wokalista komentuje to: Wiesz, ile ja napięcie budowałem?!.
Kolejne "Spadam" również nie obyło się bez aktów spontaniczności: tym razem była to koszulka rzucona w stronę zespołu. Zespół gra jeszcze "Popołudnia bezkarnie cytrynowe" i o 22:40 schodzi ze sceny. Po pięciu minutach wywoływania wracają ze "Zbyszkiem" z kilkominutowym popisem umiejętności Adama Marszałkowskiego i Rafała Matuszaka. Mimo, że tłum domaga się "Leszka Żukowskiego" czy "Stu tysięcy jednakowych miast". Grupa na bis gra jeszcze "Ciszę i ogień" oraz "Ekhart".
Nawoływania Leszek! przerywa Adam, rzucając w stronę publiczności pałeczki.
Brak największego przeboju grupy, a także takich utworów jak "Listopad" czy "Sto tysięcy..." wywołuje uczucie (wbrew tytułowi ostatniej płyty Comy) niedosytu, potęgowane przez ewidentnie słabszą formę Piotra Roguckiego. Dużo lepiej wypadli pozostali członkowie zespołu. Mocną stroną koncertu były efekty wizualne, szkoda tylko, że były dokładnym powtórzeniem tego, co widzieliśmy w grudniu w Arenie.
Gosia Banan




-sm_120x61.jpg)



Aktualności


Komentarze
16:39, 07-03-2010 | zgłoś
Aj em sory, ale koncert rozpoczęła Orbita Wiru. Proghma grała jako drugi support