Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


Anita Lipnicka - Mam bardzo duże poczucie odpowiedzialności za to, co robię...

7 Stycznia 2014

W październiku ukazała się jej piąta solowa płyta zatytułowana "Vena Amoris". Dlaczego nagrała ją w Londynie, jak zazwyczaj pisze piosenki, jacy artyści zrobili na niej ostatnio największe wrażenie - te i inne tematy poruszyłyśmy w rozmowie z Anitą Lipnicką przed jej grudniowym koncertem w Konstantynowie Łódzkim.

fot. Małgorzata Sęczak
fot. Małgorzata Sęczak

Małgorzata Sęczak: Dzisiejszy koncert jest jednym z ostatnich w tym roku, tę część trasy promującej album "Vena Amoris" ma pani w zasadzie za sobą - jest zmęczenie?

Anita Lipnicka: Teraz już nie, bo miałam przerwę i odpoczęłam. Natomiast sama trasa faktycznie była męcząca, ponieważ z uwagi na udział muzyków z zagranicy mieliśmy wszystkie daty ściśle skomasowane. Musieliśmy tak to zorganizować logistycznie, by nie narażać ich na ciągłe przeloty, co zresztą wiązałoby się z dodatkowymi kosztami. Więc było to męczące, zwłaszcza podróże i wielogodzinne siedzenie w busie od wczesnych godzin porannych.

MS: A w ogóle lubi pani koncertować? Bo są artyści, którzy niekoniecznie i zdecydowanie wolą te etapy tworzenia i nagrywania.

Anita: Ja lubię wyjeżdżać, spotykać się z ludźmi. Trasa jest kolejnym, bardzo istotnym etapem po wydaniu płyty. Na początku siedzi się w domu i pracuje nad piosenkami, potem nagrywa się demówki. Wówczas jeszcze to wszystko ma trochę inny wymiar - jest takie bardzo osobiste i tylko nasze. Później jest etap nagrywania w studio, który jest chyba moim ulubionym momentem, gdyż zawsze mam wrażenie, że to właśnie tam rodzi się ta magia, tworzy się coś z niczego, dźwięki łapie się jakby z kosmosu. I rejestruje się je na zawsze. A kiedy album zostaje oficjalnie wydany, przestaje być już tylko mój, idzie w świat i zaczyna żyć swoim życiem, odbija się od innych ludzi, od odbiorców. Koncerty są zaś weryfikacją tego, co się stworzyło, są niejako zderzeniem z rzeczywistością. Dla mnie są to zazwyczaj bardzo miłe wieczory, a sam fakt, że ludzie przychodzą na koncert i pozytywnie reagują na to, co słyszą, daje mi poczucie sensu i świadczy o tym, że praca jaką włożyłam w nagranie płyty nie poszła na marne.

MS: W jednej z relacji przeczytałam, że pomimo wieloletniego doświadczenia w tym zawodzie, wychodzi pani na scenę i przyznaje się przed publicznością do zdenerwowania - jeśli to prawda, czy oznacza to, że scena niekoniecznie jest pani naturalnym środowiskiem?

Anita: Sama nie wiem, z czego to się bierze. Śpiewam już 20 lat i faktycznie wciąż mam tremę i denerwuję się przed każdym wyjściem na scenę. Nie znalazłam jeszcze metody na to, by wyjść bez stresu i nie przeżywać tego tak bardzo. To są jakieś lęki - najpierw człowiek boi się, że ludzie nie przyjdą, potem, jak przychodzą, to boi się, że przyszli, i że trzeba im dać coś specjalnego. Mam bardzo duże poczucie odpowiedzialności za to, co robię i wydaje mi się, że jeśli ktoś kupił bilet i przyszedł na mój koncert, to ma pewne oczekiwania, które ja muszę spełnić. Nie potrafię podchodzić do koncertu na luzie, na zasadzie, że będzie co będzie i zagramy jak zagramy. Zawsze przygotowuję się do koncertu i zwyczajnie chciałabym, żeby wypadł jak najlepiej.

MS: W naszej recenzji napisaliśmy, że "Vena Amoris" to płyta przede wszystkim dla słuchaczy dojrzałych, a już najbardziej dla dojrzałych kobiet, które trochę o życiu wiedzą - czy patrząc po publiczności, która przychodzi na pani koncerty, można powiedzieć, że faktycznie taka właśnie grupa ludzi słucha dziś Anity Lipnickiej?

Anita: Owszem, większość mojej publiczności stanowią kobiety mniej więcej w moim wieku, czyli około czterdziestoletnim, ale nie brakuje też i mężczyzn. Są to świadomi odbiorcy, którzy wiedzą na co przychodzą i czego mogą się spodziewać. Na pewno nie są to dzieciaki, które liczą na dźwięki do potańczenia. Natomiast zdarza się, że spotykam fanów młodszych od siebie, którzy nie kojarzą mnie zupełnie z czasów Varius Manx, tylko raczej znają mnie z płyt nagranych z Johnem i jakby kontynuują naszą znajomość poprzez moje solowe albumy. Są też osoby, które słuchają mnie od samego początku, razem ze mną dojrzewają i towarzyszą mi na kolejnych etapach rozwoju zawodowego. Wydaje mi się, że jest w nas jakieś podobieństwo, a już na pewno to, co łączy tych wszystkich ludzi i mnie, to jest po prostu podobna wrażliwość. Musi występować jakaś korelacja, skoro oni odbierają to, co ja tworzę i spotykamy się na tych koncertach.

MS: Jak wiadomo, "Vena Amoris" muzycznie inspirowana jest tzw. Americaną, takimi indie folkowymi klimatami. Czy zatem był w ogóle pomysł, by nagrać tę płytę w Stanach, zamiast w Londynie? A pytam, ponieważ przypomina mi się niedawna rozmowa z Tanitą Tikaram, której ostatnia płyta osadzona jest w podobnych klimatach, ale ona poleciała nagrywać ją do Stanów, tłumacząc, że amerykańscy muzycy brzmią zupełnie inaczej niż brytyjscy...

Anita: Oczywiście, że tak jest. I marzę o tym, by móc coś nagrać w Stanach. Jednak ta odległość jest bardzo duża i będąc mamą z dzieckiem w drugiej klasie szkoły podstawowej, nie mogę pozwolić sobie na to, by nagle tak po prostu zniknąć z domu i kontynuować swoje artystyczne poszukiwania gdzieś za oceanem. Może jak Pola podrośnie i będzie w stanie przeżyć dłuższą rozłąkę ze mną, to się zdecyduję na taki krok. Natomiast faktycznie jest zasadnicza różnica w brzmieniu, w sposobie nagrywania w tych dwóch krajach, inną specyfikę ma brzmienie płyt angielskich i inną amerykańskich. W amerykańskich nagraniach jest jakby więcej powietrza, granie jest bardziej korzenne, "rootsowe", nieco brudne, niedoskonałe, w pozytywnym znaczeniu tego słowa. W Anglii zaś to brzmienie jest bardziej wygładzone, miękkie. Obie szkoły różnią się zasadniczo w charakterze nagrań perkusji - w Stanach bębny nagrywa się surowiej, werbel i stopa są zazwyczaj ciemniejsze i jakby luźniejsze niż na nagraniach brytyjskich, gdzie perkusja jest rejestrowana w sposób bardziej zachowawczy i często wycofywana w miksie. Oczywiście mówię o gatunku muzyki, który ja preferuję. Anglia była więc dla mnie pewnym kompromisem, ale na pewno tam bliżej jest do tego, co chciałam osiągnąć niż tutaj, nad Wisłą. To jest po prostu kwestia różnicy kultur, która przenosi się na muzykowanie. Gdybym chciała nagrać płytę z góralskimi smyczkami, to nagrałabym ją w Polsce, bo nigdzie nikt inny by tak mi nie zagrał. Natomiast tym razem chciałam osiągnąć inny efekt. Kluczowe było dla mnie użycie pewnych kolorów, konkretnych instrumentów, które tutaj byłoby mi trudno znaleźć. Chodzi też o ekspresję grania, która też jest przecież inna na każdej szerokości geograficznej. Dla przykładu, taki Melvin Duffy, człowiek multiinstrumentalista, nagrywający również w Ameryce, współpracujący z wieloma artystami z pogranicza muzyki country i folku - gdzie ja bym znalazła kogoś takiego w Warszawie? On gra na wszystkim, czego ja potrzebowałam do tej płyty - na gitarze pedal steel, na banjo, mandolinie, na gitarze Weissenborn, na której również gra się slide'owo. I robi to ze smakiem i niezwykłą powściągliwością. To są takie nie nasze kolory i specyfika grania, którą trudno byłoby uzyskać nagrywając tutaj.

MS: U nas takie klimaty nie są chyba jakoś specjalnie popularne...

Anita: U nas nawet słowo ,,country" się źle kojarzy. Jedyne wydanie country, które znamy i kojarzymy to Mrągowo, czyli taka bardzo plastikowa, kiermaszowa wersja tego nurtu. Nurtu, który jest przecież niezmiernie bogaty i fascynujący, ale u nas ma tylko jedną odsłonę i jeden wymiar. Ja na przykład uwielbiam bardziej alternatywne, ciemne nagrania country, ciągle ich poszukuję, są one dla mnie wielką inspiracją. Lubię muzykę wielu współczesnych artystów, którzy czerpią garściami ze źródeł muzyki tradycyjnej, w tym właśnie folku i country, i nadają nowy ton tym gatunkom. To są ludzie jak Bonny Prince Billy, czy A.A. Bondy czy moja ukochana Nina Nastasia, na przykład.

MS: Wracając do płyty, Americana być może nie jest u nas szalenie popularnym nurtem, ale połączenie jej z pięknymi tekstami, które pani napisała sprawia, że płyta naprawdę się podoba i do ludzi przemawia - czy można zatem zaryzykować stwierdzenie, że siła tej płyty tkwi przede wszystkim w tekstach?

Anita: Tym razem celowo zdecydowałam się zestawić polskie teksty z zupełnie niepolskimi krajobrazami muzycznymi. Brzmienie języka też ma swoją specyfikę, ja używam języka jako kolejnego środka wyrazu. Pomyślałm, że polskie teksty będą bardziej oryginalne w tych oprawach muzycznych niż gdybym napisała je po angielsku. Ale zgodzę się, teksty same w sobie również mają duże znaczenie.

MS: A jak to pisanie tekstów u pani wygląda - to taki naturalny dar, czy raczej ślęczenie i dłubanie w słowach?

Anita: Na pewno jest to też dłubanina, puzzle, które się układa. Nie jestem typem osoby, która pod wpływem natchnienia usiądzie i ot tak napisze jakiś tekst. Na początku zawsze jest pewne słowo-klucz, albo jedno zdanie, które pojawia się w mojej głowie i wokół tego tropu, na który wpadnę buduję całą resztę, komponuję ją dramaturgicznie, wymyślam, co będzie refrenem, kością piosenki, jakimś motorem. I później dopasowuję słowa, które w moim odczuciu będą się jakoś kompozycyjnie w jedną całość składały oraz przenosiły zamierzony ładunek emocji. Od tego wstępnego pomysłu do ukończenia piosenki mija bardzo różny czas. Czasami cała piosenka przychodzi dość szybko, a czasami jakiś pomysł leży tygodniami i musi doczekać się swojego momentu. Ale trzeba siedzieć, to jest po prostu praca. Zawsze kiedy zabieram się do myślenia o nowej płycie, staram się zacząć od wprowadzenia się w taki stan twórczego myślenia. I nawet jeśli na początku nie mam konkretnego pomysłu, to zmuszam się do narzucenia sobie jakiejś rutyny, na przykład do posiedzenia codziennie godziny przed komputerem i próbowania wydobycia czegokolwiek z pustego świtlistego ekranu, tak, aby wdrożyć się w ten rytm ruszania szarymi komórkami. Czasami te godziny spędzone praktycznie na niczym prócz grzebania w myślach i snucia wolnych skojarzeń są bezowocne w teorii, ale w praktyce ten etap musi się odbyć, żeby dojść do kolejnego, czyli do tego, gdzie te nitki się gdzieś znajduje i zaczyna się je zawiązywać.

MS: A jakie są dla pani najbardziej komfortowe warunki pisania? Trzeba gdzieś uciec, czy można tak między obiadem...

Anita: Nie, między obiadem, a odrabianiem lekcji z dzieckiem się nie da. W ogóle mam problem z tym, jak łączyć te dwie role w moim życiu, czyli bycie mamą i pracę twóczą. Nadal nie znalazłam na to właściwego patentu. Ciągle mam poczucie, że na kórymś z tych pól przegrywam w danej chwili, bo nie jestem w stanie być wspaniałą matką i jednocześnie kreatywną artystką. Dlatego żyję takimi fazami: fazą twórczą i odtwórczą. W pierwszej faktycznie koncentruję się na tworzeniu i pisaniu piosenek i wówczas moje życie domowe na tym cierpi. A kiedy płyta już się ukaże i odtwarzam te rzeczy na koncertach, odczuwam taki luz, że zupełnie nie myślę o pisaniu czy w ogóle o tworzeniu, tylko po prostu żyję życiem codziennym. I mam wrażenie, że wtedy następuje taka faza, w której z kolei nasiąkam różnymi rzeczami, zdarzeniami, tym, co przeczytałam, zobaczyłam. To się gdzieś odkłada, kumuluje i zapisuje we mnie. Potem to przetwarzam i oddaję w formie piosenek. Taki zamknięty obieg energii.

MS: Na kilku poprzednich płytach pisała pani po angielsku, teraz znowu po polsku - jaką różnicę robi pani pisanie w tych dwóch językach?

Anita: W moim przypadku jest tak, że wraz ze słowami przychodzi mi do głowy zazwyczaj melodia, są to naczynia tak ze sobą połączone, że nie jestem w stanie ich później rozdzielić. Dlatego niemożliwością wydaje mi się zabieg podmiany języków na kolejnym etapie pracy nad piosenką. Nie umiem powtykać na przykład polskich słów we frazę, którą wymyśliłam po angielsku. I vice versa, jeśli zaczynam pisać coś po polsku, to automatycznie wskakuje na inny tryb. Oba języki mają zupełnie inną melodykę, ciężar, temperaturę ekspresji. Więc również determinują niejako kierunek, w którą stronę ma to potem iść muzycznie. To są jakby dwa różne klucze i nie pasują w związku z tym do tych samych drzwi. Nie lubię też mieszać piosenek po polsku i po angielsku na jednej płycie, bo wydaje mi się, że wtedy zaburza się harmonia i jakaś spójność koncepcyjna całego projektu.

MS: Pierszym singlem z "Vena moris" była piosenka "Hen, hen", teraz pojawił się drugi, czyli piosenka tytułowa - będzie do niego videoklip?

Anita: Nie, nie mamy w planach nagrania kolejnego klipu, zwłaszcza, że singiel miał już swoją premierę, dobrze radził sobie podobnie jak poprzedni w zestawieniu Trojkowej listy. Nie byłoby sensu teraz z opóźnieniem wypuszczać teledysku. Teledyski są dość kosztowne, a dzisiaj oprócz Internetu nie za bardzo jest gdzie je oglądać, więc na razie wstrzymujemy się z tym zabiegiem.

MS: Przed laty uciekła pani do Londynu - przed sławą, przed byciem rozpoznawaną na ulicach. A jak dzisiaj radzi sobie pani z popularnością? Bądź co bądź nie jest pani osobą anonimową.

Anita: Nie jestem osobą anonimową, ale zdecydowanie nie jestem tak rozpoznawalna, jak byłam te kilkanaście lat temu. Poza tym, moja publiczność się zmieniła i ci, którzy mnie teraz rozpoznają, nie biegają za mną na ulicy i nie rzucają we mnie misiami, na przykład. Bycie idolem nastolatków to jest zupełnie inne doświadczenie niż bycie postacią w jakiś sposób ważną dla osób, które mają po 40 lat. To jest zupełnie innego rodzaju relacja z fanami. Więc teraz ta popularność nie jest dla mnie uciążliwa. Poza tym, w Warszawie, gdzie mieszkam, ludzie są raczej oswojeni z tym, że widują osoby znane i nie ma w tym jakiegoś specjalnego szału.

MS: Spędziła pani sporo czasu w Londynie, a jak wiadomo, trochę inaczej się tam żyje, trochę inaczej myśli - czego nauczyły panią te doświadczenia i jak wpłynęły na panią jako osobę i artystkę?

Anita: Jeśli chodzi o moją twórczość i świadomość artystyczną, to myślę, że pobyt tam bardzo otworzył mi głowę. Dopiero będąc w Anglii nauczyłam się pracy w studio, zbierałam siły do tego, żeby wziąć odpowiedzialność za nagrania, zająć się produkcją swoich płyt, zacząć komponować. Wcześniej pisałam tyko słowa, w resztę się nie anganżowałam, nie byłam częścią zespołu na tyle, by współpisać piosenki muzycznie, brać udział w ich tworzeniu. Tej całej świadomości mechanizmu powstawania płyty, od strony technicznej i kreatywnej, nabrałam właśnie Anglii. Tam nawiązałam wiele muzycznych znajomości, które kontynuuję do dziś. Te doświadczenia bardzo mi pomogły w przyszłości. I w ogóle zetknięcie z inną kulturą, pobyt w samym mieście, dostępność jego kin, teatrów, wystaw bardzo otworzyły mi zmysły. Nawet kulinarnie się wykształciłam (śmiech) - symfonia smaków z tylu cudownych restauracji! Możliwość pomieszkania w innym kraju na pewno jest jakąś wartością dodaną w życiu człowieka. Ale z drugiej strony rodzi też pewne frustracje, bo, na przykład, zostałam troszeczkę rozpieszczona tym światem i trochę innym podejściem do pracy. Często z tych właśnie powodów wracam tam nagrywać, mam bowiem wrażenie, że tam dostaję więcej za tyle samo pieniędzy - studia nagrań, które są tam dostępne dają większe możliwości, są lepiej wyposażone, a człowiek jako klient i artysta spotyka się z innym traktowaniem niż czasem to bywa tutaj. Poza tym, to, co zawsze mi się w Londynie podobało, zwłaszcza w tamtym czasie, to jego multietniczna natura, która nadaje zupełnie inny kontekst wszystkiemu. Lubię też pracować w takiej internacjonalnej atmosferze, poznawać nowych ludzi, którzy przybywają z różnych kultur, gdzie każdy przynosi swoje historie, można sobie je opowiadać, wymieniać się doświadczeniami, porównywać poglądy. To bardzo rozwijające doświadczenie.

MS: Zbliża się koniec roku, więc zapytam jeszcze jakie płyty i jacy artyści zrobili na pani największe wrażenie w 2013?

Anita: Płyty kupuję niekoniecznie w roku ich premiery, ale na pewno moim największym tegorocznym odkryciem jest Ray Lamontagne - od razu kupiłam jego cztery płyty z różnych okresów. Jest to amerykański twórca i songwriter, który śpiewa, jak sam mówi, nie gardłem, ale brzuchem, "with his guts". W tej chwili jest moim mistrzem, jest naprawdę niesamowity. Jeśli chodzi o Brytyjczyków, to odkryłam młodego człowieka, który nazywa się Ben Howard. Byłam na jego koncercie i zrobił na mnie porywające wrażenie. W tym roku wydał swoją pierwszą płytę i według mnie jest to początek przepięknej kariery. Jeśli chodzi o Polskę, to wydaje mi się, że dużo ciekawych rzeczy się tu dzieje, zwłaszcza w nurcie indie, na który nie ma miejsca w mediach komercyjnych. Mówię tutaj na przykład o Fismollu, 19. latku, który ma niesamowitą wrażliwość, o bardzo obiecującym duecie Lilly Hates Roses. Przypadkowo też odkryłam młodziutką dziewczynę, Klarę, która gra na gitarze akustycznej. Zaciekawił mnie też zespół Bokka. Myślę, że wśród młodzieży polskiej jest naprawdę bardzo dobrze, jest wiele fajnych, otwartych i odważnych młodych ludzi, którzy nie mają tego historycznego obciążenia, cienia komuny nad sobą. Oni są już od tego wolni, są Europejczykami, mają zupełnie inną perspektywę.

MS: Z drugiej strony niekoniecznie są promowani przez te główne media...

Anita: I to jest właśnie ten dysonas. Myślę, że to, co obserwujemy jest przełomowym momentem dla polskiej muzyki, ta sytuacja wymusza jakąś redefinicję tego, czym jest muzyka popularna. Okazuje się, że dużo rzeczy, które są "popularne", bo puszczane w radiu, w ogóle się nie sprzedaje, natomiast sprzedają się te dzieciaki, które wypełniają całe sale, ale radio ich nie puszcza, bo uważa, że nie są mainstreamowi. Trudno jest więc powiedzieć, co w tej chwili jest muzyką popularną w Polsce, bo na pewno nie te pozycje, które często słyszymy z radiowych głośników. Jest duży dysonans między tym, co jest nam serwowane przez media, a tym, czego odbiorcy poszukują, czego oczekują w muzyce i co sami kupują.

MS: Trudno jest też ogarnąć wszystko, co się w muzyce dzieje i wyłapać to, co dobre, ponieważ panuje absolutny zalew informacyjny...

Anita: Dokładnie, żyjemy w epoce dojmującego chaosu i to jest największa bolączka, bo pytanie nie polega jakby na tym, czy jest dobra muzyka - ona zawsze była i będzie - tylko czy my wiemy, jak do niej dotrzeć Dziś wszystko jest kwestią odpowiedniej ekspozycji, bardzo trudno jest dogrzebać się do rzeczy wartościowych przez grubą warstwę miałkiej kulturowej papki, która przykrywa wszystko. Czasami mam wrażenie, że żyjemy na wysypisku śmieci, jesteśmy oblegani tysiącem informacji, przebodźcowani tymi informacjami, zalewem propozycji "nie do odrzucenia" i ofert "jedynych w swoim rodzaju". Wydaje mi się, że ten nadmiar, ta obfitość, jest swego rodzaju przekleństwem. Kiedyś informacja była bardziej skanalizowana, było o wiele mniej środków przekazu, więc wiadomo było co się dzieje w kinie, litaraturze czy muzyce. Teraz trudno się połapać.

MS: Serdecznie dziękuję za tę rozmowę.

Małgorzata Sęczak

dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Ostanio dodane wywiady

FEYM - WYWIAD! (wywiad)FEYM - WYWIAD!

FEYM to banda młodych, zdeterminowanych facetów rodem z Lublina. Wybuchowa mieszanka nowoczesnego hard & heavy serwowana przez zespół co prawda jeszcze nie zawojowała list przebojów, ale na nas zrobiła wrażenie.... czytaj cały wywiad...

Limboski - Wesołe rozmowy z otchłanią (wywiad)Limboski - Wesołe rozmowy z otchłanią

Jego głos jednym przypomina Maleńczuka, innym Ciechowskiego. Sam o sobie mówi, że jest śpiewakiem, który od jakiegoś czasu wyciera własnymi stopami sceny w klubach tego kraju i jest szczęśliwy z tego, co robi.... czytaj cały wywiad...

TAPEWORM - Ostre brzmienie z serca Mazur (wywiad)TAPEWORM - Ostre brzmienie z serca Mazur

Wśród mazurskich miłośników mocniejszego grania mikołajska grupa Tapeworm zdążyła wywalczyć już sobie solidną pozycję. Muzycy zdradzają jednak, iż ze swą twórczością chcą trafić znacznie dalej. Zapraszam do lektury... czytaj cały wywiad...

Ogłoszenia

Top 5 - wywiady

Najczęściej komentowane | czytane

Perfect - Niepokonany. Rozmowa z Grzegorzem Markowskim

Z Grześkiem na wywiad umawiałem się już od dawna. Zawsze jednak ciężko było się umówić, a w konsekwencji przeprowadzić wywiad. Grzegorz mimo zapracowania i wielu bezlitośnie krążących spraw, znalazł na szczęście... czytaj cały wywiad...

Europe - Joey Tempest - Jesteśmy w optymalnej formie (wywiad)Europe - Joey Tempest - Jesteśmy w optymalnej formie

Zdaje się, że dobra passa Europe trwa nadal. Po koncercie w Pradze na początku lutego zespół zrobił sobie krótką przerwę, by z nowymi siłami ruszyć w dalszą część europejskiej trasy. Tym razem celem był podbój... czytaj cały wywiad...

Acid Drinkers - Titus - Jakbyśmy powiedzieli całą prawdę to ta buda pod tytułem Rzeczpospolita nieźle by się zatrzęsła. (wywiad)Acid Drinkers - Titus - Jakbyśmy powiedzieli całą prawdę to ta buda pod tytułem Rzeczpospolita nieźle by się zatrzęsła.

Titus to na naszej rodzimej scenie postać co najmniej nietuzinkowa. Znany z ogromnego poczucia humoru i rock n' rollowego stylu życia wzbudza szacunek niezliczonej ilości fanów i kolegów po fachu. Miałem okazję... czytaj cały wywiad...

Sabaton - Joakim Brodén - W przyszłości odejdziemy trochę od tematyki wojen (wywiad)Sabaton - Joakim Brodén - W przyszłości odejdziemy trochę od tematyki wojen

Zespół Sabaton jest obecnie jednym z najlepiej sprzedających się szwedzkich "muzyczno-militarnych" eksportów. Ich szturm Europy trwa, w planach mają kolejne podboje. Okazuje się, że pomysł tworzenia piosenek-hymnów... czytaj cały wywiad...

Kuba Kawalec. Mamy w sobie pewną pokorę (wywiad)Kuba Kawalec. Mamy w sobie pewną pokorę

Na temat Happysad słyszałam masę opinii - najczęściej skrajnych. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy można coś o zespole powiedzieć i nie narazić się tym jakiejś grupie ludzi. Bo z jednej strony całe rzesze wielbiących... czytaj cały wywiad...

Nowe recenzje

Copyright © Rock Magazyn 2001-2017. Wszelkie prawa zastrzeżone.